Jedynie częsta zmiana powietrza może uratować ich od stryczka, dlatego rozjeżdżają nieustannie ci awanturnicy po całej Europie, jako podróżujący w interesach swojego fachu, wałęsają się jak Cyganie, wędrując z jednego dworu książęcego, królewskiego czy cesarskiego na drugi, i w ten sposób w ciągu całego osiemnastego stulecia kręci się jedna i ta sama karuzela oszustów, złożona z jednych i tych samych postaci, od Madrytu do Petersburga, od Preszburga60 do Amsterdamu, z Paryża do Neapolu.
Zrazu wydaje się przypadkiem jeno, że Casanova spotyka się przy każdym stole karcianym i na dworze każdego państewka z tymi samymi kompanami do lampartki, z Talvisem, z Afflisiem, z Schwerinem i Saint-Germainem, ale to nieustanne wędrowanie ma dla adeptów znaczenie ucieczki raczej, aniżeli podróży dla przyjemności. Tylko na krótką metę są bezpieczni, jedynie wzajemnym popieraniem się mogą się wzajem kryć, jako że wszyscy pospołu tworzą jedną wspólnotę, rodzaj loży wolnomularskiej bez młota i kielni, jeden zakon awanturników i rycerzy przemysłu61. Gdziekolwiek się spotykają, podtrzymują sobie wzajem, jeden łotrzyk drugiemu, drabinę, po której pną się wzwyż; jeden wpycha drugiego do arystokratycznego towarzystwa, uprawniając w nim własne swoje stanowisko uznawaniem praw swojego kompana w grze. Zmieniają swoje kobiety, stroje, tytuły i nazwiska, jednemu tylko pozostają stale wierni: właściwemu swojemu zawodowi.
Wszyscy oni, pasożytujący w owym czasie dokoła dworów, aktorzy, tancerze, muzycy, rycerze przemysłu, nierządnice i alchemicy są, na równi z ówczesnymi jezuitami i Żydami, jedynymi internacjonałami świata pośród trwale osiadłej wysokiej arystokracji o tępych, zakutych łbach i niewyzwolonego jeszcze, przytłumionego mieszczaństwa, nie należąc ani do jednych, ani do drugich, zawieszeni pomiędzy krajami i klasami, migotliwi i niepewni, korsarze bez sztandaru i ojczyzny.
Zaznaczają oni brzask nowego stulecia; wraz z nimi zarysowuje się na horyzoncie świata nowa sztuka wyzyskiwania; nie obrabowują oni już bezbronnych na gościńcach i nie ograbiają kolas62 podróżnych, ale bluffują próżnych pyszałków i ujmują ciężaru lekkomyślnym. Siłę i sprawność mięśni zastępuje im przytomność umysłu; rozpętanie wściekłości — zimne zuchwalstwo; brutalną, ordynarną pięść rabusia — subtelna znajomość duszy ludzkiej i sztuka utrzymania własnych nerwów na wodzy. Ten nowy sposób obcinania ludziom sakiewek stał się przywilejem międzynarodowego obywatelstwa świata i wytwornych manier. Zamiast, jak dawniej, metodą zbójecką, obrabowują oni bliźnich znaczonymi kartami i podsuwanymi fałszywymi wekslami.
Jest to wciąż jeszcze ta sama, zuchwale nieustraszona rasa ludzi, żeglujących do Indii Zachodnich63 i w charakterze kurierów i wywiadowców wałęsających się przy wszystkich armiach, niezdolnych za żadną cenę zapracowywać na utrzymanie swoje zwykłą wierną obywatelską służbą, ale umiejących, bodaj nawet z narażeniem własnej głowy, za jednym zamachem suto wypchać sobie kieszenie. Metoda rabunku, zarazem też fizjonomia rabusiów, wysubtelniła się jeno i wydelikaciła. Zatracili oni już swoje prostacze, chamsko grube pięście i zapijaczone twarze, szorstkie maniery sołdackie; mają teraz wypieszczone, delikatne, upierścieniowane dłonie, głowy ich okrywają starannie zafryzowane i upudrowane, nasunięte na wypogodzone czoła peruki. Lornetują i piruetują jak baletnicy, mowa ich — to brawurowe parlando64 aktorskie, upstrzone zwrotami filozoficznymi. Zuchwale ukrywając niespokojne, biegające swoje spojrzenia, zręcznie przerzucają woltę przy stole karcianym i sprytnym wmawianiem w kobiety cudów podsuwają im napoje miłosne i fałszywe klejnoty.
Niepodobna zaprzeczyć: wszystkich ich cechuje pewien rodzaj wyższości umysłowej, kryje się w nich wszystkich jakaś zagadka psychologiczna, która nadaje im pewną cechę sympatyczną poniekąd. Niektórzy z nich sięgają granic geniuszu nieomal. Druga połowa osiemnastego stulecia jest ich wiekiem bohaterskim, ich złotym, klasycznym okresem. Zupełnie jak poprzednio, za Ludwika XV65, świetna plejada francuskich poetów, a później w Niemczech cudowny moment Weimaru66 skupia twórczą formę geniuszu w niewielu trwałych postaciach — zwycięsko błyszczy w owym czasie nad europejskim światem wielka konstelacja genialnych oszustów i nieśmiertelnych awanturników. Rychło nie wystarcza im już zapuszczanie ręki do książęcych kieszeni, brutalnie wspaniałym gestem sięgają do dziejowych wydarzeń i pomagają toczyć olbrzymie ruletowe koło historii świata. Zamiast nadskakiwać i służyć zaczynają zuchwale przepychać się do przednich szeregów; nie istnieje też bardziej charakterystycznie cechujące drugą połowę osiemnastego stulecia signum67 aniżeli królowanie w niej awanturniczych oszustów w wielkim stylu.
John Law68, uciekinier Irlandczyk, swoimi asygnatami wysadza w powietrze francuskie finanse; d’Eon69, obojnak wątpliwej płci i opinii, kieruje międzynarodową polityką; mały, krągłogłowy baron Neuhoff70 staje się prawdziwym i legalnym królem Korsyki, aby w następstwie, co prawda, skończyć w więzieniu za długi; Cagliostro71, sycylijski chłopak wiejski, który przez całe swoje życie nie był w stanie nauczyć się poprawnie czytać i pisać, mając Paryż u swoich stóp, przekuwa naszyjnik królowej na szubieniczny powróz dla królestwa, który je zdławi. Stary Trenck72, najbardziej ponury ze wszystkich awanturnik w pospolitym stylu, bez cienia wzniosłości, tragizując w czerwonej czapce bohatera wolności, wpada w końcu pod nóż gilotyny; Saint-Germain73, niestarzejący się czarownik, zgina korzący się u jego stóp kark króla Francji i do dnia dzisiejszego kusi i omamia badawczą gorliwość uczonych nierozwiązaną tajemnicą swoich narodzin.
Wszyscy oni skupiają w swoich rękach większą potęgę aniżeli najpotężniejsi tego świata, przykuwają do swoich postaci wszystkie wyobraźnie, ściągają na siebie uwagę powszechną, olśniewają i zaślepiają uczonych, uwodzą kobiety, ograbiają bogaczy i, nie piastując żadnych urzędów, nie zajmując żadnych stanowisk i nie ponosząc żadnej odpowiedzialności, kierują z ukrycia politycznymi marionetkami.
A ostatni, nie najgorszy z nich, nasz kochany Giacomo Casanova, historiograf tego cechu, zapoznający nas z nimi wszystkimi, przy okazji opowiadania o sobie w najpyszniejszy sposób zaokrągla wielką siódemkę rycerzy na wieki unieśmiertelnionych setkami dokonanych czynów i przeżytych awanturniczych przygód. Każdy z nich cieszy się rozgłośniejszą sławą aniżeli wszyscy poeci, uprawia owocniejszą działalność aniżeli wszyscy politycy ówcześni, panujący na krótką jeno metę nad skazanym już na zagładę światem.
Trzydzieści lat zaledwie trwa na ogół bohaterski okres tych geniuszów zuchwalstwa i tajemniczego aktorstwa w Europie, które potem zatraca się samo przez się, skupione w postaci najbardziej skończonego typu, najdoskonalszego geniusza, prawdziwie demonicznego, najwznioślejszego awanturnika, Napoleona. Gdziekolwiek wchodzi w grę prawdziwy geniusz, przystępuje on ze wspaniałą powagą do dzieła, nie zadowalając się rolą epizodyczną, ale twórczo zagarniając całą scenę świata dla samego siebie wyłącznie. Kiedy mały korsykański hołysz74, Bonaparte, przybiera imię Napoleona, nie ukrywa tchórzliwie, jak w wypadku Casanovy-Seingalta, Balsama-Cagliostra, mieszczańskiego pochodzenia pod maską szlachcica, ale władczo występuje, domagając się uznania świata, prawa do górowania wyższością ducha, uważając triumf za słusznie należny sobie przywilej, nie zaś za zdobycz, którą musiałby zyskiwać podstępem.