— Możesz na nas polegać, kapitanie! — wykrzyknęli żołnierze.
Następnie poszli pić; tylko kapral został i poprosił kapitana o chwilę rozmowy.
— Nic prostszego — rzekł — niż projekt Waszej Dostojności. Włamywałem się już w życiu do dwóch klasztorów, to będzie trzeci; ale za mało nas jest, jeśli przyjdzie nam się bawić w burzenie muru, trzeba pamiętać, że ciury klasztorne nie zostaną bezczynne w czasie tej długiej operacji; ustrzelą panu siedmiu lub ośmiu ludzi, a kiedy będziemy wracali, mogą nam odebrać brankę. Tak nam się stało w pewnym klasztorze koło Bolonii: zabito nam pięciu ludzi, my zabiliśmy ośmiu, ale kapitan nie dostał swojej lubki. Poradzę Waszej Dostojności dwie rzeczy. Znam w pobliżu czterech wieśniaków, którzy dzielnie sługiwali pod Markiem Sciarra i którzy za cekina będą bili się całą noc jak lwy. Może i ukradną jakie srebro w klasztorze; pana to nic nie obchodzi, grzech jest ich: pan najął ich po to, aby porwali kobietę, oto wszystko. Druga rada jest taka. Nasz Hugo jest to sprytny i wykształcony chłopak; był lekarzem, nim zabił szwagra i umknął do machia (lasu). Może go pan posłać przed nocą do bramy klasztornej; poprosi o służbę i postara się, aby go wpuszczono na strażnicę; spoi tych ciurów, ba, może mu się uda zamoczyć im zapał u muszkietów.
Nieszczęściem Julian usłuchał rady kaprala. Odchodząc kapral dodał:
— Mamy się targnąć na klasztor, to pachnie ekskomuniką większą; co więcej, klasztor wizytek jest pod osobliwą opieką Madonny...
— Rozumiem cię! — wykrzyknął Julian, jak gdyby zbudzony tym słowem. — Zostań ze mną!
Kapral zamknął drzwi i wrócił odmówić różaniec z Julianem. Trwało to dobrą godzinę. Skoro zapadła noc, ruszyli w drogę.
Kiedy wybiła północ, Julian, który sam wszedł do Castro koło jedenastej, wrócił po swoich ludzi znajdujących się poza bramami miasta. Wszedł z ośmioma żołnierzami, do których przyłączyło się trzech dobrze uzbrojonych chłopów; połączył się z pięcioma żołnierzami, których miał w mieście, i w ten sposób znalazł się na czele szesnastu ludzi gotowych na wszystko. Dwóch było przebranych za służących; wzięli obszerne czarne bluzy, aby osłonić swoje giacco, i nie mieli piór na czapkach.
O wpół do pierwszej Julian, który wziął na siebie rolę gońca, przybył galopem do bramy klasztoru, czyniąc wielki zgiełk i krzycząc, aby otworzono bezzwłocznie gońcowi kardynała. Ujrzał z przyjemnością, że żołnierze, którzy z nim rozmawiali przez okienko, są dobrze podpici. Zgodnie ze zwyczajem podał swoje nazwisko na kawałku papieru, żołnierz poszedł oddać tę kartkę odźwiernej, która miała klucz od drugiej bramy i budziła ksienię w ważnych wypadkach. Czekanie trwało śmiertelne trzy kwadranse; przez ten czas Julian z trudem zdołał utrzymać swą gromadkę w milczeniu. Ten i ów mieszczuch otwierał trwożliwie okno, kiedy wreszcie nadeszła pomyślna odpowiedź ksieni. Julian dostał się na strażnicę po małej drabince, którą mu podano z okna, ile że załodze klasztornej nie chciało się otwierać głównej bramy. Wszedł, a za nim dwaj żołnierze, przebrani za służących. Skacząc z okna do strażnicy, napotkał spojrzenie Hugona: cała strażnica była pijana dzięki jego staraniom. Julian oświadczył sierżantowi straży, że trzem służącym domu Campireali, których uzbroił i przebrał za żołnierzy, aby mieć eskortę w drodze, udało się dostać dobrej wódki; proszą tedy, by im pozwolono wejść, iżby się nie nudzili sami na ulicy. Przyzwolono jednogłośnie. Sam Julian w towarzystwie swoich dwóch ludzi zeszedł po schodkach, które prowadziły ze strażnicy na korytarz.
— Staraj się otworzyć główną bramę — rzekł do Hugona.