— To te łajdaki, ciury Campirealich — odparł Julian.
Nie skończył mówić, kiedy zaczęto ich ostrzeliwać z pistoletów; strzały kierowały się głosem, a szły od sieni wiodącej na ogród. Julian schronił się do izdebki odźwiernej, na lewo od wejścia; ku wielkiej radości znalazł tam niedostrzegalną prawie lampkę przed obrazem Madonny; ujął ją ostrożnie, aby jej nie zgasić. Uczuł, że drży; obejrzał ranę w kolanie, która mu bardzo dolegała; krew płynęła obficie. Spoglądając dokoła ujrzał zemdloną kobietę na krześle; zdumiał się poznając Marietę, zaufaną Heleny; potrząsnął nią.
— Och, panie Julianie! — wykrzyknęła z płaczem — chce pan zabić Marietę, swoją przyjaciółkę?
— Ani trochę; powiedz Helenie, iż ją przepraszam, żem zakłócił jej spokój; niech pamięta Ave Maria w Monte Cavi. Oto bukiet, który zerwałem w jej ogrodzie w Albano; nieco splamiony krwią, umyj go, zanim jej oddasz.
W tej chwili rozległa się salwa muszkietów od strony korytarza; to bravi atakowali ludzi Juliana.
— Powiedz mi, gdzie jest klucz od furtki? — spytał Mariety.
— Nie widzę go; ale oto klucze od kłódek przy wrzeciądzach od wielkich drzwi. Będzie pan mógł wyjść.
Julian pochwycił klucze i wypadł z izdebki.
— Nie silcie się rozwalać muru — rzekł do żołnierzy — mam klucze.
Nastała chwila głębokiego milczenia, gdy Julian próbował otworzyć kłódkę; pomylił się co do klucza, wziął inny, wreszcie otworzył; ale w chwili gdy podnosił sztabę, otrzymał z bliska postrzał w prawe ramię. Uczuł, że traci władzę w tym ramieniu.