Po półrocznym zamknięciu i zobojętnieniu na wszystkie rzeczy świata, jakie nastąpiło u niej po wiadomości o zgonie Juliana, pierwszym wrażeniem, jakie obudziło tę duszę już złamaną nieuleczalnym nieszczęściem i długą nudą, było drgnienie próżności.

Ksieni klasztoru zmarła niedawno. Wedle zwyczaju kardynał Santi-Quatro, który był jeszcze protektorem wizytek mimo swoich dziewięćdziesięciu dwóch lat, ułożył listę trzech zakonnic, z których papież miał wybrać ksienię. Trzeba było bardzo ważnych pobudek, aby Jego Świątobliwość odczytał dwa dalsze nazwiska na tej liście, zwykle poprzestawał na przekreśleniu ich i nominacja była dokonana.

Pewnego dnia Helena znajdowała się w oknie dawnej izdebki odźwiernej, która stała się obecnie krańcem nowego skrzydła, wzniesionego z jej rozkazu. Okno to znajdowało się nie wyżej niż dwie stopy nad chodnikiem zbroczonym niegdyś krwią Juliana, a obecnie wcielonym do ogrodu. Helena miała oczy głęboko utkwione w ziemi. Trzy panie, o których wiedziano od kilku godzin, że kardynał pomieścił je na liście, przeszły pod oknem Heleny. Nie widziała ich i tym samym nie mogła ich pozdrowić. Jedna z dam uczuła się dotknięta i ozwała się dość głośno:

— Ładne mi obyczaje, aby pensjonariuszka wystawiała swój pokój na widok publiczny!

Zbudzona tymi słowami z zadumy, Helena podniosła oczy i spotkała trzy jadowite spojrzenia. „Ba! — rzekła do siebie, zamykając okno, nie ukłoniwszy się — dość długo jestem jagnięciem w tym klasztorze, trzeba mi zostać wilkiem choćby po to, aby dostarczyć rozrywki gapiom z miasteczka.”

W godzinę później jeden z jej ludzi, wyprawiony jako goniec, zawiózł następujący list do jej matki, która od dziesięciu lat mieszkała w Rzymie i umiała tam sobie wyrobić znaczne wpływy.

Wielce Czcigodna Pani Matko!

Co rok dajesz mi trzysta tysięcy franków w dzień imienin; obracam tutaj te pieniądze na szaleństwa, szanowne co prawda, ale zawsze szaleństwa. Mimo że mi tego nie przypominasz od dawna, wiem, że miałabym dwa sposoby dowiedzenia Ci mojej wdzięczności za dobre intencje, jakie dla mnie żywiłaś. Nie wyjdę za mąż, ale zostałabym chętnie ksienią10 tego klasztoru; myśl tę zrodziła we mnie okoliczność, że trzy panie pomieszczone na liście przez naszego kardynała są mymi wrogami; którąkolwiek by wybrano, czekałyby mnie wszelkie dokuczliwości. Ofiaruj mój bukiecik imieninowy tam, gdzie trzeba; na początek odwleczmy nominację na pół roku, co uszczęśliwi przeoryszę, moją dobrą przyjaciółkę, obecnie sprawującą rządy. Już to samo będzie dla mnie szczęściem, a słowa tego rzadko mogę użyć, mówiąc o Twojej córce. Pomysł mój jest szalony, wiem; ale jeśli widzisz jaką nadzieję powodzenia, za trzy dni przywdzieję biały welon; osiem lat mieszkania w klasztorze bez jednego dnia przerwy daje mi prawo do półrocznego odpustu. Dyspensy nie odmawia się, to kosztuje czterdzieści talarów.

Pozostaję z całym szacunkiem, Czcigodna Pani Matko, etc.

List ten przepełnił radością signorę Campireali. Otrzymała go w chwili, gdy sobie żywo wyrzucała, iż oznajmiła córce śmierć Juliana; nie wiedziała, jak się skończy jej głęboka melancholia, przewidywała jakieś szaleństwo; bała się wręcz, aby córka nie zechciała oglądać w Meksyku miejsc, gdzie rzekomo padł Branciforte; wówczas, przejeżdżając przez Madryt, łatwo dowiedziałaby się o prawdziwym nazwisku pułkownika Lizzara. Z drugiej strony to, o co córka prosiła ją w liście, to była rzecz najtrudniejsza, a nawet można powiedzieć — najniedorzeczniejsza w świecie. Młoda dziewczyna, nie będąc nawet zakonnicą, znana jedynie z szalonej — podzielanej może! — miłości bandyty, miała stanąć na czele klasztoru, gdzie każdy magnat rzymski miał jakąś krewniaczkę! „Ale — myślała signora Campireali — powiadają, że każdy proces można wytoczyć, a tym samym wygrać. Jakoż w odpowiedzi swojej Wiktoria Carafa dała pewne nadzieje córce, która zazwyczaj miała zachcenia niedorzeczne, ale w zamian zapominała o nich bardzo łatwo. Wieczorem, zbierając wiadomości o wszystkim, co z daleka lub z bliska mogło tyczyć klasztoru w Castro, dowiedziała się, że od kilku miesięcy przyjaciel jej, kardynał Santi-Quatro, jest wielce zgryziony: pragnął wydać bratanicę za don Oktawa Colonna, starszego syna księcia Fabrycego, o którym tak często była mowa w tym opowiadaniu. Książę ofiarował mu swego drugiego syna, don Lorenza, ponieważ dla załatania jego fortuny mocno wyszczerbionej w wojnie, którą król Neapolu i papież, wreszcie pogodzeni, wydali zbójcom z lasów Faggiola, trzeba było, aby żona starszego syna wniosła domowi Colonna sześćset tysięcy piastrów (3 210 000 fr) posagu. Otóż kardynał Santi-Quatro, nawet wywłaszczając w najdzikszy sposób innych krewnych, nie mógł ofiarować więcej niż trzysta osiemdziesiąt do czterystu tysięcy talarów.