Czuję, że czytelnikowi urodzonemu na północ od Alp trzeba objaśnić urzędowy niemal ton pewnych ustępów tego dialogu; przypomnę, że w krajach ściśle katolickich większość drażliwych rozmów opiera się w końcu o konfesjonał, a wówczas zgoła nie jest obojętne, czy dane wyrażenie było pełne uszanowania, czy też ironiczne.

Nazajutrz Wiktoria Carafa dowiedziała się, że wskutek ważnego błędu faktycznego, odkrytego w liście trzech pań proponowanych na stanowisko ksieni w Castro, odłożono wybór na pół roku: mianowicie druga z pań na liście miała w rodzie renegata; któryś jej stryjeczny dziadek przyjął protestantyzm w Udine.

Signora Campireali uznała za właściwe porozumieć się z księciem Fabrycym Colonną, którego domowi ofiarowała tak znaczne korzyści. Po dwudniowych zabiegach zdołała uzyskać spotkanie w miasteczku niedaleko Rzymu, ale wyszła z tego posłuchania wręcz przerażona: książę, zazwyczaj tak spokojny, tak był przejęty chwałą wojenną pułkownika Lizzara (Juliana Branciforte), że uważała za zupełnie bezcelowe prosić go o tajemnicę w tej mierze. Pułkownik był dlań niby syn, co więcej, niby ulubiony wychowanek. Książę bez ustanku odczytywał listy z Flandrii. Cóż by się stało z ukochanym projektem, dla którego signora Campireali tyle poświęcała od dziesięciu lat, gdyby córka dowiedziała się o istnieniu i sławie pułkownika Lizzara?

Sądzę, że lepiej pominąć milczeniem wiele okoliczności, które, to prawda, malują obyczaje tej epoki, ale których opowiadanie wydaje mi się dość przykre. Autor rzymskiego rękopisu zadał sobie nieskończony trud, aby dociec ścisłej daty szczegółów, które opuszczam.

W dwa lata po widzeniu signory Campireali z księciem Colonna Helena była ksienią w Castro, ale stary kardynał Santi-Quatro umarł z bólu po tym akcie symonii. Biskupem w Castro był wówczas najurodziwszy mężczyzna na dworze papieskim, monsignor Francesco Cittadini, szlachcic z Mediolanu. Ten młody człowiek odznaczający się skromnością, wdziękiem i godnością był w częstych stosunkach z ksienią wizytek, zwłaszcza z okazji nowych budowli, którymi zamierzała upiększyć swój klasztor. Ów młody biskup Cittadini, wówczas liczący dwadzieścia dziewięć lat, zakochał się do szaleństwa w pięknej ksieni. W procesie, który wytoczono w rok później, wiele zakonnic powołanych w charakterze świadków powiadało, że biskup, jak mógł najczęściej, odwiedzał klasztor i często mawiał do ksieni: „Gdzie indziej rozkazuję i, wyznaję to na mój wstyd, znajduję w tym niejaką przyjemność; przy tobie, pani, jestem posłuszny jak niewolnik, ale z przyjemnością, która o wiele przewyższa słodycz rozkazywania gdzie indziej. Czuję się pod władzą istoty wyższej; gdybym nawet próbował, nie mógłbym mieć innej woli niż jej wola i raczej bym pragnął być na wieki ostatnim z jej niewolników niż być królem z dala od jej oczu.”

Świadkowie zeznają, iż często wśród tych dwornych przemów ksieni nakazywała mu milczenie, i to w twardych i wzgardliwych słowach.

Prawdę rzekłszy, dodaje inny świadek, pani traktowała go jak lokaja; wówczas biedny biskup spuszczał oczy, zaczynał płakać, ale nie odchodził. Znajdował co dzień jakiś pozór, aby się zjawić w klasztorze, co mocno gorszyło spowiedników klasztornych i wrogów ksieni. Ale ksieni miała silne poparcie w przeoryszy, swojej serdecznej przyjaciółce, która pod jej rozkazami sprawowała rządy.

— Wiecie, moje szlachetne siostry — powiadała przeorysza — że od czasu nieszczęśliwej miłości, jaką nasza ksieni żywiła za młodu dla pewnego rycerza, zostało jej sporo dziwactw; ale wiecie również, że nigdy nie zmieniła zdania o osobie, której okazała wzgardę. Otóż może przez całe życie nie wyrzekła tylu obraźliwych słów, ile ich wylała w naszej obecności na głowę biednego monsignora Cittadini. Codziennie w naszych oczach znosi obejście takie, że musimy się rumienić za jego dostojeństwo.

— Tak — odparły zgorszone zakonnice — ale wraca co dzień, nie dzieje mu się tedy zbytnia krzywda; w każdym zaś razie ten pozór zgorszenia szkodzi powadze świętego zakonu wizytek.

Najsurowszy pan nie obrzuca najniezdarniejszego sługi ani czwartą częścią obelg, jakimi dumna ksieni smagała co dzień młodego biskupa, tak pełnego namaszczenia; ale był zakochany, przywiózł zaś ze swej ojczyzny tę kardynalną zasadę, iż skoro się raz podejmie tego rodzaju przedsięwzięcie, trzeba się troszczyć jedynie o cel, a nie zważać na środki.