Widziałem Franciszka Cenci dopiero wówczas, gdy mu już włosy siwiały, pod papieżem Buoncompagni, kiedy śmiałkom wszystko było dozwolone. Był to człowiek mający jakieś pięć stóp i cztery cale wzrostu, zręcznej postawy, mimo iż był chudy; uchodził za wielkiego osiłka, może sam rozpuszczał te pogłoski; oczy miał duże i wyraziste, ale z powieką zanadto obwisłą; nos wydatny i duży, wargi cienkie, uśmiech pełen wdzięku. Uśmiech ten stawał się straszny, kiedy Cenci wlepiał spojrzenie w któregoś ze swoich wrogów; skoro był bodaj trochę wzruszony i podrażniony, drżał na całym ciele tak, że niepodobna było mu tego opanować. Widziałem go za młodu, pod papieżem Buoncompagni, jak puszczał się konno z Rzymu do Neapolu, zapewne dla jakiejś miłostki; jechał przez lasy San Germano i Fajola, nie troszcząc się o bandytów, i odbywał podobno tę drogę w dwadzieścia godzin. Podróżował zawsze sam, nie uprzedzając nikogo; kiedy jeden koń był zdrożony, kupował albo kradł innego. Skoro robiono mu jakieś ceremonie, on nie robił sobie ceremonii z tym, aby pchnąć kogo sztyletem. Ale po prawdzie, za mej młodości, to znaczy, kiedy on miał czterdzieści osiem albo pięćdziesiąt lat, nikt nie był na tyle śmiały, aby mu się przeciwić. Wielką jego przyjemnością było zwłaszcza urągać nieprzyjaciołom.

Znano go dobrze na wszystkich gościńcach w stanach Jego Świątobliwości; płacił hojnie, ale też był zdolny w dwa lub trzy miesiące po doznanym uchybieniu wysłać zbirów i zgładzić tego, kto go obraził.

Jedynym cnotliwym czynem, jakiego dokonał przez całe długie życie, było to, że zbudował w dziedzińcu swego rozległego pałacu, w pobliżu Tybru, kościół poświęcony św. Tomaszowi; a i to jeszcze pobudką tego pięknego czynu była osobliwa chęć, aby mieć pod okiem groby wszystkich swoich dzieci46, do których żywił bezmierną i wynaturzoną nienawiść, zgoła od ich najwcześniejszej młodości, kiedy nie mogły go jeszcze niczym obrazić.

„Tam chcę je mieć wszystkie” — mawiał często z gorzkim uśmiechem do robotników, których zatrudniał przy budowie kościoła. Trzech starszych, Jakuba, Krzysztofa i Rocha, posłał na naukę do uniwersytetu w Salamance w Hiszpanii. Skoro się raz znaleźli w tych odległych stronach, znajdował złośliwą przyjemność w tym, aby im nie posyłać wcale pieniędzy, tak iż nieszczęśliwi młodzieńcy, napisawszy do ojca mnóstwo listów, które pozostały bez odpowiedzi, zmuszeni byli nędznie wracać do ojczyzny, pożyczając drobne sumy lub żebrząc przez całą drogę.

W Rzymie zastali ojca sroższym jeszcze, surowszym i drapieżniejszym niż kiedykolwiek; mimo swych ogromnych bogactw nie chciał ich ani odziać, ani dawać im pieniędzy na najprostsze życie. Nieszczęśliwi musieli odwołać się do papieża, który zniewolił Franciszka Cenci, aby im wyznaczył małą pensyjkę. Z tą szczupłą pomocą opuścili dom.

Niebawem z okazji swoich bezecnych miłostek Franciszek dostał się do więzienia trzeci i ostatni raz; na co trzej bracia wyprosili posłuchanie u Ojca Świętego, obecnie władającego nam papieża, i prosili go wspólnie, aby uśmiercił Franciszka Cenci, ich ojca, który, powiadali, okryje hańbą ich dom. Klemens VIII miał wielką ochotę to uczynić, ale poniechał swej pierwotnej myśli, aby nie dać zadowolenia wyrodnym dzieciom, i wygnał je haniebnie sprzed swego oblicza.

Ojciec, jak wspomnieliśmy wyżej, wydostał się z więzienia, dając znaczną sumę komuś, kto mógł mu być pomocny. Można pojąć, że osobliwy krok trzech najstarszych synów musiał pomnożyć jeszcze nienawiść jego do dzieci. Przeklinał je bez ustanku, duże i małe, i codziennie okładał kijem dwie biedne córki, które mieszkały z nim w pałacu.

Najstarsza, mimo iż pilnie strzeżona, póty dokładała starań, aż zdołała przedłożyć papieżowi suplikę, zaklinając Jego Świątobliwość, aby ją wydał za mąż lub pomieścił w klasztorze. Klemens VIII ulitował się jej niedoli i wydał ją za Karola Gabrielli, z najszlachetniejszego domu w Gubbio; Jego Świątobliwość zmusił ojca do wypłacenia znacznego posagu.

Na ten niespodziany cios Franciszek Cenci wpadł w straszny gniew. W obawie, aby Beatrix, podrósłszy trochę, nie zdobyła się na podobny pomysł, zamknął ją w jednym z apartamentów olbrzymiego pałacu. Tam nikomu nie wolno było oglądać Beatryczy, liczącej wówczas ledwie czternaście lat, a już będącej w pełni swej cudnej piękności. Posiadała zwłaszcza wesołość, niewinność i humor, jakiego nigdy u nikogo nie spotkałem. Franciszek Cenci sam nosił jej pożywienie. Można przypuszczać, że wówczas to potwór zakochał się w niej lub udawał zakochanego, aby dręczyć swą nieszczęsną córkę. Często wspominał jej o przewrotnej sztuczce, jaką mu wypłatała jej starsza siostra, i doprowadzając się do furii dźwiękiem własnych słów, okładał w końcu razami biedną Beatryczę.

Wśród tego Roch Cenci, jego syn, zginął z ręki jakiegoś rzeźnika, a następnego roku zabił Krzysztofa Cenci Paweł Corso z Massy. Przy tej sposobności ojciec okazał całą swą bezbożność, na pogrzebie bowiem obu synów nie chciał dać ani bajoka na świece. Dowiadując się o losie syna swego Krzysztofa, wykrzyknął, że dopiero wówczas będzie rad, kiedy wszystkie jego dzieci znajdą się w ziemi, i że skoro ostatnie umrze, on na znak radości podpali swój pałac. Rzym zdumiewał się takimi słowy, ale wszystko zdało się możliwe ze strony człowieka, który swą chlubę pokładał w tym, aby urągać całemu światu, nawet samemu papieżowi.