— Powiedz prawdę, przyjacielu. Co wiesz o tym, co Marceli robił w komnacie księżnej?
— Nic nie wiem; od trzech tygodni poróżniłem się z Marcelim.
Gdy się wzdragał powiedzieć więcej, książę zawołał paru ludzi. Podesta miasta Soriano związał kapitana sznurem. Zbiry podciągnęły sznur, unosząc w ten sposób winnego na cztery palce od ziemi. Skoro tak kapitana potrzymano dobry kwadrans, rzekł:
— Spuśćcie mnie, powiem, co wiem.
Kiedy go postawiono na ziemi, straż oddaliła się, a my zostaliśmy z nim sami.
— Prawda, iż kilka razy towarzyszyłem Marcelemu aż do progu księżnej — rzekł kapitan — ale nie wiem nic, ponieważ czekałem nań w sąsiednim dziedzińcu może do pierwszej z rana.
Natychmiast przywołano z powrotem zbirów, którzy na rozkaz księcia podciągnęli go na nowo, tak że nogi nie dotykały ziemi. Niebawem kapitan wykrzyknął:
— Spuście mnie, powiem prawdę! Prawdą jest — ciągnął — że od kilku miesięcy spostrzegłem, iż Marceli ma stosunki z księżną, i chciałem uwiadomić o tym Waszą Dostojność lub don Leonarda. Księżna posyłała co rano dowiadywać się o Marcelego; dawała mu drobne podarki, między innymi konfitury bardzo starannie przyrządzone i bardzo drogie; widziałem u Marcelego złote łańcuszki ślicznej roboty, które widocznie miał od księżnej.
Po tym zeznaniu odesłano kapitana do więzienia. Sprowadzono odźwiernego księżnej, który powiedział, że nic nie wie; wzięto go na sznur i uniesiono w powietrze. Po półgodzinie rzekł:
— Spuście mnie, powiem, co wiem.