Gruby Ludwik XVIII164 — ze swymi wołowymi oczami, wleczony wolno przez sześć tłustych koni — którego spotykałem bez ustanku, budził we mnie szczególny wstręt.
Kupiłem kilka sztuk Szekspira w wydaniu angielskim, po 30 su165 sztuka. Czytałem je w Tuileriach i często rzucałem książkę, aby myśleć o Metyldzie. Wnętrze mego samotnego pokoju było dla mnie okropne.
Wreszcie nadchodziła piąta, pędziłem do table d’hôte166 Hotelu Brukselskiego. Tam odnajdywałem Lussinge’a, ponurego, zmęczonego, znudzonego; dzielnego Barot, eleganckiego Poitevin, kilku oryginałów hotelowych, rodzaj, który ociera się o rycerza przemysłu z jednej strony, a o pokątnego konspiratora z drugiej. Przy tym stole spotkałem pana Alpy, niegdyś adiutanta generała Michaud, który przynosił buty generałowi. Zdumiony ujrzałem go tam jako pułkownika i zięcia pana Kentzingera, głupiego, bogatego ministeriała167 i mera168 Strasburga. Nie odzywałem się ani do pułkownika, ani do jego teścia. Uderzył mnie pewien człowiek chudy, dość wysoki, żółty i gadatliwy. Było trochę świętego ognia Jana Jakuba Rousseau169 w jego frazesach na cześć Burbonów, które obecnym wydawały się płaskie i śmieszne. Ten człowiek — antypody wdzięku — miał wygląd austriackiego oficera, później stał się sławny: to pan Vourvoisier, minister sprawiedliwości. Lussinge znał go z Bensançon.
Po obiedzie kawa była jeszcze dla mnie dobrym momentem, wręcz przeciwnie do przechadzki po bulwarze Gand, bardzo modnym wówczas i pełnym kurzu. To miejsce, rendez-vous170 podrzędnych elegantów, oficerów gwardii, dziewcząt i rywalizujących z nimi eleganckich mieszczanek — to była dla mnie męka.
Tam spotykałem mego przyjaciela dzieciństwa, hrabiego de Barral, miłego i kochanego chłopca, wnuka słynnego skąpca, który sam zaczynał w trzydziestym roku życia zdradzać oznaki tej smutnej choroby.
Margrabia de Barral, jego dziadek...
W 1810, zdaje mi się, kiedy de Barral przegrał w karty wszystko, co miał, pożyczyłem mu trochę pieniędzy i zmusiłem go, aby jechał do Neapolu. Ojciec jego, bardzo przyzwoity człowiek, dawał mu rocznie 6000 franków.
Po kilku latach Barral, wróciwszy z Neapolu, zastał mnie żyjącego z uroczą aktorką, która co wieczór, między jedenastą a dwunastą, kładła się do mego łóżka. Ja wracałem o pierwszej, robiliśmy sobie kolacyjkę, ot, zimna kuropatwa i szampańskie. Stosunek ten trwał dwa czy trzy lata. Panna B[éreyter] miała przyjaciółkę, córkę słynnego Rose, kupca skórzanych spodni. Molé, słynny aktor, uwiódł trzy siostry, urocze dziewczyny. Jedna z nich jest dziś margrabiną de D. Aneta, przechodząc z rąk do rąk, żyła w końcu z jakimś podrzędnym giełdziarzem. Tak ją zachwalałem Barralowi, że się w niej rozkochał. Namówiłem ładną Anetę, aby rzuciła swego paskudnego spekulanta. Barral nie miał dosłownie pięciu franków drugiego dnia w miesiącu. Pierwszego, wróciwszy od swego bankiera z 500 frankami, szedł wykupić zegarek, który był w zastawie, i przegrać 400 franków, które mu zostawały. Zadałem sobie trochę trudu, wyprawiłem dwa obiady dla obu stron wojujących, u Véry’ego w Tuileriach, i w końcu nakłoniłem Anetę, aby została intendentem hrabiego i żyła z nim rozsądnie z 500 franków ojcowskich. Dziś (1832) jest już dziesięć lat, jak to stadło trwa. Na nieszczęście Barral został bogatym, ma co najmniej 20 000 franków renty, i z bogactwem przyszło nań potworne skąpstwo.
W r. 1817 byłem bardzo zakochany w Anecie przez dwa tygodnie, po czym zraziły mnie jej ciasne i paryskie pojęcia. To jest dla mnie najpewniejsze lekarstwo na miłość. Wieczorem w kurzu bulwaru Gand spotykałem tego przyjaciela dzieciństwa i poczciwą Anetę. Nie wiedziałem, o czym z nimi mówić. Ginąłem z nudów i smutku, dziewczęta nie bawiły mnie. Wreszcie koło wpół do jedenastej szedłem do pani Pasta na faraona. Na swoje utrapienie przybywałem pierwszy i byłem skazany na kuchenną na wskroś konwersację Racheli, matki Giuditty. Ale mówiła po mediolańsku. Czasami zastawałem jakiegoś głuptasa, świeżo przybyłego z Mediolanu, którego zaprosiła na obiad. Pytałem nieśmiało tych dudków o wszystkie ładne kobiety w Mediolanie. Raczej bym zginął, niż bym wymienił Metyldę, ale czasem sami z siebie mówili mi o niej. Te wieczory stanowiły epokę w moim życiu. Wreszcie zaczynał się faraon. Tam, pogrążony w głębokiej zadumie, przegrywałem lub wygrywałem 30 franków w ciągu czterech godzin.
Tak dalece zatraciłem wszelką troskę o swój honor, że kiedy przegrałem więcej, niż miałem w kieszeni, powiadałem do wygrywającego: „Chce pan, abym wstąpił do siebie?”. Odpowiadał: „Non, si figuri!”171. I płaciłem aż nazajutrz. Głupstwo to, często powtarzane, stworzyło mi reputację biedaka. Spostrzegłem to później po współczuciu, jakim mnie obdarzał zacny Pasta, mąż Judyty, kiedy widział, że przegrałem 30 albo 35 franków. Ale nawet zorientowawszy się, nie zmieniłem postępowania.