Zawsze to szczęście dla Burbonów, że się pozbyli potwora takiego jak Ferdynand VII304. Książę de Laval, bardzo porządny człowiek, ale szlachcic i książę (co stanowi dwie choroby umysłowe), pysznił się, mówiąc ze mną, przyjaźnią Ferdynanda VII. A przecież był trzy lata ambasadorem na jego dworze.
To przypomina głęboką nienawiść Ludwika XVI do Franklina305. Monarcha ten znalazł sposób doprawdy burboński, aby się zemścić: kazał wymalować twarz czcigodnego starca na dnie porcelanowego nocnika.
Pani Campan opowiadała nam to u pani Cardon (ulica de Lille, na rogu ulicy de Bellechasse) po osiemnastym Brumaire’a. Jej pamiętniki, które czytywało się u pani Cardon, były na antypodach łzawych elegii, którymi rozczulają się najdystyngowańsze młode kobiety z dzielnicy Saint-Honoré (co odarło jedną z nich z uroku w moich słabych oczach, koło 1827 r.).
Rozdział X
Oto więc mam zajęcie na lato r. 1822: poprawiać korekty Miłości wydanej in 12° na lichym papierze306. Pan Mongie przysiągł mi z oburzeniem, że go oszukano co do gatunku papieru. Nie znałem księgarzy w roku 1822. Miałem wprzód do czynienia jedynie z panem Piotrem Didot, któremu płaciłem za papier wedle cennika. Pan Mongie dworował307 sobie nielitościwie z mojej naiwności.
— Nie, pan nie jest „żyła”! — powiadał, pękając ze śmiechu i porównując mnie z Ancelotami308, z Vitetami309, z *** i innymi zawodowymi autorami.
I cóż, przekonałem się w dalszym ciągu, że pan Mongie był księgarzem jeszcze najuczciwszym. Co mam powiedzieć o moim przyjacielu, panu Sautelet, młodym adwokacie — moim przyjacielu, zanim został księgarzem?
Ale nieborak zabił się z rozpaczy, że go opuściła bogata wdowa, pani Bonnet czy Bourdet, jakieś szlachetne nazwisko w tym rodzaju, która przełożyła nad niego młodego para Francji (to zaczynało brzmieć bardzo kusząco w 1828 r.). Ów szczęśliwy par był to, zdaje mi się, pan Pérignon, który posiadł moją przyjaciółkę, pannę Vigano, córkę wielkiego człowieka (w 1820 r., zdaje mi się).
To była rzecz bardzo niebezpieczna dla mnie — robić korektę książki, która mi przypominała tyle odcieni uczuć, jakich doznawałem we Włoszech. Miałem tę słabość, aby wynająć pokój w Montmorency. Udawałem się tam wieczór w dwie godziny dyliżansem z ulicy Saint-Denis. Wśród lasów, zwłaszcza po lewej stronie w górę od Sablonniere, poprawiałem korekty. Myślałem, że oszaleję.
Szalona myśl, aby wrócić do Mediolanu, którą tak często odtrącałem, wracała ze zdumiewającą siłą. Nie wiem, jak mogłem się jej oprzeć. Siła namiętności, która sprawia, że widzi się tylko jedną rzecz, zaciera wszelkie wspomnienie na odległość, w jakiej znajduję się od owych czasów. Przypominam sobie wyraźnie jedynie kształt drzew w tej okolicy lasów Montmorency.