— Jadąc w dół Padu — rzekł — spotkamy łodzie należące do policji, ale potrafię je wyminąć.
Więcej niż dziesięć razy trzeba im się było kryć na wysepkach porosłych wierzbiną. Trzy razy wysiedli na ląd, aby przepływająca policja zobaczyła pustą barkę. Lodovico skorzystał z tych długich chwil wywczasu, by recytować Fabrycemu swoje sonety. Myśl w nich była dość trafna, ale jakby stępiona formą i niewarta, aby ją spisywać; osobliwe było, że ten eks-stangret miał uczucia żywe i obrazowe; stawał się zimny i pospolity, gdy je chciał wyrazić piórem.
— Przeciwieństwo naszego świata — rzekł Fabrycy — gdzie umieją wszystko wyrazić z wdziękiem, ale nie mają nic do powiedzenia.
Zrozumiał, że największa przyjemność, jaką może zrobić wiernemu słudze, to poprawić błędy ortograficzne w jego sonetach.
— Drwią sobie ze mnie, kiedy pokazuję swój kajet — powiadał Lodovico — ale gdyby Wasza Ekscelencja raczył mi podyktować ortografię, słowo po słowie, zawistni musieliby stulić gęby; ortografia nie stanowi o talencie.
Dopiero trzeciego dnia w nocy Fabrycy mógł bezpiecznie wylądować w olszynce, na milę przed Ponte Lago Oscuro. Cały dzień przesiedział w konopiach, gdy Lodovico udał się przodem do Ferrary; wynajął pokoik u biednego Żyda, który zrozumiał, że można coś zarobić, o ile się będzie trzymało język za zębami. Wieczorem o zmierzchu Fabrycy dostał się do Ferrary na małym koniku; potrzebował tej podpory, zmogło go gorąco; cięta rana na biodrze i rana na ramieniu od szabli, jaką zadał mu Giletti na początku walki, zaogniły się i sprowadziły gorączkę.
Rozdział dwunasty
Żyd, właściciel mieszkania, postarał się o dyskretnego chirurga, który — zwąchawszy pełną sakiewkę — oświadczył Lodovicowi, iż sumienie nakazuje mu zawiadomić policję o ranach młodego człowieka, którego on, Lodovico, mieni swoim bratem.
— Prawo jest jasne — dodał — oczywiste jest, iż brat pański nie zranił się sam, jak opowiada, spadłszy z drabinki w chwili, gdy trzymał otwarty nóż w ręce.
Lodovico odpowiedział spokojnie uczciwemu chirurgowi, że gdyby się ośmielił iść za głosem sumienia, on będzie miał zaszczyt, zanim opuści Ferrarę, upaść dokładnie na niego z otwartym nożem w ręce. Kiedy zdał sprawę z tego zajścia Fabrycemu, ten zganił go mocno, ale nie było już ani chwili do stracenia; trzeba było zmykać: Lodovico oświadczył Żydowi, że chce przewieźć brata na świeże powietrze; poszedł po dorożkę i przyjaciele nasi opuścili dom, aby więcej nie wrócić. Czytelnikowi dłuży się niewątpliwie opowiadanie o tych zabiegach, nieodzownie wynikających z braku paszportu; kłopot ten nie istnieje już we Francji, ale we Włoszech, zwłaszcza w okolicach Padu, o niczym się nie mówi, tylko o paszportach. Wydostawszy się z Ferrary bez przeszkód, niby spacerem, Lodovico odesłał dorożkę, po czym wrócił do miasta inną bramą i wstąpił do Fabrycego sediolą, którą wynajął na kurs dwunastu mil. Przybywszy w okolicę Bolonii nasi przyjaciele kazali się zawieźć polami na gościniec z Florencji do Bolonii, spędzili noc w najnędzniejszej oberży, jaką mogli znaleźć, i nazajutrz — gdy Fabrycy czuł się na siłach, aby nieco iść — weszli do Bolonii znów niby spacerem. Paszport Gilettiego spalono; śmierć aktora musiała już być znana, a mniej niebezpieczne było dostać się w ręce władz bez paszportu niż z paszportem zabitego.