Stara zbladła i rzuciła się do rąk Fabrycego, aby je ucałować.

— Przyjmuję z wdzięcznością los, jaki pan nam zapewnia. Wygląda pan tak poczciwie, że brałam pana za dudka. Niech pan pomyśli, że inni mogą popełnić tę omyłkę; radzę panu nosić się bardziej z pańska. — Po czym dodała z cudownym bezwstydem: — Niech się pan dobrze zastanowi nad tą radą, że zaś zbliża się zima, sprawi pan Mariecie i mnie dwie ciepłe sukienki z pięknej angielskiej materii, którą widziałam u grubego kupca na placu Świętego Petroniusza.

Miłość ślicznej Mariety miała dla Fabrycego wszystkie uroki najtkliwszej przyjaźni, co nasuwało mu myśl o podobnym szczęściu obok księżnej.

„Ale czy to nie jest zabawne — powiadał sobie — że ja nie jestem zdolny do tego wyłącznego i namiętnego oddania, które ludzie zwą miłością? Wśród przygodnych miłostek w Nowarze lub w Neapolu czyż spotkałem kiedy kobietę, której towarzystwo, nawet w pierwszych dniach, byłoby dla mnie bardziej nęcące niż przejażdżka na ładnym nie znanym koniu? To, co nazywają miłością — dodał — byłożby to także kłamstwo? Bez wątpienia kocham tak, jak mam apetyt w porze obiadowej! Czyżby owa pospolita skłonność była tym, z czego ci kłamcy ulepili miłość Otella, miłość Tankreda? Lub mamże mniemać, że jestem inaczej stworzony niż inni ludzie? Duszy mojej miałoby brakować jednej namiętności, i czemu? To byłby osobliwy los!”

W Neapolu, zwłaszcza w ostatnich czasach, Fabrycy spotykał kobiety, które — pyszne swym urodzeniem, pięknością i pozycją swoich porzuconych dlań wielbicieli — próbowały go tyranizować. Spostrzegłszy taki zamiar, Fabrycy zrywał natychmiast, szybko i rozgłośnie. „Otóż — powiadał sobie jeżeli kiedy dam się uwieść pokusie, zresztą bardzo nęcącej, tkliwszych stosunków z tą uroczą istotą, którą mienią księżną Sanseverina, postąpię jak jak ów lekkomyślny Francuz, który zabił złotodajną kurę. Księżnej winien jestem jedyne szczęście, jakiego zakosztowałem; przyjaźń jej to moje życie; a zresztą, czym ja jestem bez niej? Biednym wygnańcem zmuszonym do wegetacji w zrujnowanym zamku koło Nowary. Przypominam sobie, jak w czasie słot jesiennych musiałem rozpinać parasol nad łóżkiem. Jeździłem na koniach ojcowskiego plenipotenta, który cierpiał to przez wzgląd na moją błękitną krew (moje wysokie urodzenie), ale któremu pobyt mój zaczynał się dłużyć; ojciec wyznaczył mi pensję tysiąca dwustu franków i uważał, że gubi duszę, dając jeść jakobinowi. Biedna matka i siostry oszczędzały na sukniach, aby mi dać możność zrobienia czasem drobnego podarku moim kochankom. Ta wspaniałomyślność mnie gnębiła. Co więcej, zaczynano się domyślać mojej nędzy, okoliczna młodzież patrzyła na mnie z politowaniem. Wcześniej czy później dudek jakiś dałby wyraz swej wzgardzie dla jakobina, biedaka i niedołęgi; tym bowiem tylko byłem w oczach tych ludzi, byłbym się wplątał w pojedynek, który by mnie zawiódł do twierdzy Fenestrelle, lub musiałbym znów uciekać do Szwajcarii, wciąż z tysiąc dwustoma frankami pensji. Księżnej zawdzięczam ocalenie ze wszystkich tych niedoli; co więcej, ona ma dla mnie całą tę tkliwą przyjaźń, jaką ja powinienem bym czuć dla niej.

Zamiast tego śmiesznego i płaskiego życia, które byłoby ze mnie zrobiło melancholika i głupca, żyję od czterech lat w dużym mieście, mam doskonały powóz, co mi oszczędza prowincjonalnej zawiści i małostek, luba cioteczka łaje mnie zawsze, że nie dość korzystam z otwartej kasy bankiera. Mamże na zawsze zniweczyć tę rozkoszną pozycję? Stracić jedyną przyjaciółkę, jaką mam na świecie? Wystarczy kłamstwo, wystarczy powiedzieć tej kobiecie uroczej, może jedynej w świecie, dla której mam najżywszą przyjaźń: kocham cię, ja, który nie wiem, co to jest kochać istotną miłością! Bez ustanku wymawiałaby mi brak owych uniesień, które mi są nie znane. Przeciwnie, Marieta, która nie czyta w mym sercu i która bierze pieszczoty za wylewy duszy, sądzi, że szaleję z miłości, i i uważa się za najszczęśliwszą z kobiet.

W rzeczywistości ów tkliwy poryw, który zowią podobno miłością, poznałem po trosze jedynie przy młodej Aniken w gospodzie opodal belgijskiej granicy.”

Z żalem przyjdzie nam tu opowiedzieć jeden z najgorszych postępków Fabrycego; wśród tego spokojnego życia nędzny wyskok próżności zawładnął owym sercem, tak opornym na miłość, i zaprowadził go bardzo daleko.

Równocześnie z nim znajdowała się w Bolonii słynna Fausta F..., bez wątpienia jedna z pierwszych śpiewaczek naszej epoki i najkapryśniejsza istota, jaka istniała. Znakomity poeta Buratti z Wenecji ułożył na nią ów słynny satyryczny sonet znajdujący się wówczas na ustach zarówno książąt, jak uliczników.

„Chcieć i nie chcieć, ubóstwiać i nienawidzić, znajdować szczęście w niestałości, gardzić tym, co świat cały wielbi — oto, jakie wady ma Fausta, i wiele innych jeszcze. Unikaj tego węża. Skoro ją ujrzysz, niebaczny, zapomnisz o jej kaprysach. Jeśli będziesz miał szczęście ją usłyszeć, zapomnisz o sobie i miłość wnet zrobi z ciebie to, co Cyrce zrobiła niegdyś z towarzyszy Ulissesa”48.