Przypadek chciał, że hrabia M... nigdy nie mógł się dobrze przyjrzeć mniemanemu rywalowi, co go utwierdziło w myśli, że ma księcia krwi za współzawodnika. W samej rzeczy, kiedy okoliczności nie wzywały Fabrycego do Parmy, spędzał czas koło Sacca, nad brzegami Padu. Hrabia M... był o wiele dumniejszy, ale też i bardziej ostrożny, odkąd sądził, że trzeba mu walczyć o serce Fausty z osobą krwi monarszej; prosił ją bardzo poważnie, aby się zachowywała najoględniej. Rzuciwszy się do jej kolan, jak zazdrosny i namiętny kochanek, oświadczył wręcz, że kwestią jego honoru jest, aby się ona nie dała uwieść młodemu księciu.
— Pozwól, nie byłoby żadnego uwiedzenia, gdybym go kochała; nie widziałam nigdy panującego u swoich stóp.
— Jeśli ulegniesz — odparł wyniośle — może nie będę się mógł zemścić na księciu, ale to pewna, że się zemszczę. — Rzekłszy to, wyszedł, trzaskając drzwiami. Gdyby Fabrycy był w tej chwili pod ręką, wygrałby sprawę.
— Jeżeli dbasz o życie — rzekł hrabia wieczorem, żegnając się z nią po teatrze — staraj się, abym nigdy nie usłyszał, że młody książę dostał się do twego domu. Nie mogę nic zrobić jemu, do kroćset! Ale nie każ mi pamiętać o tym, że mogę wszystko zrobić tobie!
— O, mój miły Fabrycy — wykrzyknęła Fausta — gdybym wiedziała, gdzie cię szukać!
Podrażniona próżność może daleko zaprowadzić człowieka bogatego i od kolebki otoczonego pochlebcami. Szczera namiętność, jaką hrabia M... żywił dla Fausty, zmieniła się w furię; nie wstrzymało go niebezpieczeństwo walki z jedynym synem monarchy, w którego państwie się znajdował; z drugiej strony, nie przyszło mu do głowy starać się zobaczyć tego księcia lub bodaj go śledzić. Nie mogąc go dosięgnąć inaczej, M... próbował go ośmieszyć. „Wygnają mnie na zawsze z Parmy — rzekł sobie — więc cóż, mniejsza!” Gdyby się starał rozpoznać pozycję nieprzyjaciela, hrabia byłby się dowiedział, że biedny książę nie wychodzi nigdy bez eskorty kilku starców, nudnych stróżów etykiety, i że jedyna dobrowolna przyjemność, jakiej mu dozwolono, to była mineralogia. W dzień i w nocy pałacyk Fausty, gdzie cisnęło się wykwintne towarzystwo parmeńskie, otoczony był przez ciekawych; M... wiedział — godzinę po godzinie — co ona robi, a zwłaszcza, co robią inni w jej pobliżu. Zazdrośnik okazał się godny pochwały w tym jednym: owa tak kapryśna kobieta nie miała zrazu pojęcia o tej zdwojonej czujności. Raporty wszystkich agentów mówiły hrabiemu, że młody człowiek w rudej peruce zjawia się często pod oknami Fausty, ale wciąż w innym przebraniu. „Oczywiście to młody książę — powiadał sobie M... — inaczej po cóż by się przebierał? Do paralusza! Człowiek taki jak ja nie może ustępować. Gdyby nie zamach republiki weneckiej, i ja byłbym panującym.”
W dniu świętego Stefana raporty szpiegów przybrały ciemniejszą barwę i zdawały się wskazywać, że Fausta mile patrzy na zabiegi nieznajomego. Mogę natychmiast wyjechać z tą kobietą — powiadał sobie M... — ale cóż! Z Bolonii uciekłem przed del Dongiem, tutaj uciekłbym przed księciem! I co by powiedział ten młokos? Myślałby, że go się zląkłem! Do kroćset! jestem z równie dobrego domu co on. M... był wściekły; a na domiar niedoli starał się przede wszystkim nie narażać na drwiny Fausty, w razie gdyby okazał swą zazdrość. W dzień san Stefano tedy, spędziwszy z nią godzinę i przyjęty z serdecznością, która pachniała mu fałszem, pożegnał ją koło jedenastej, w chwili gdy się wybierała na mszę do Św. Jana. Hrabia M... wrócił do siebie, włożył czarne wytarte ubranie studenta teologii, udał się do św. Jana i przystanął za grobowcem zdobiącym trzecią kaplicę po prawej: widział wszystko w kościele pod ramieniem kardynała, którego posąg klęczał na grobowcu; posąg ten nie dopuszczał światła do wnętrza kaplicy i zasłaniał go wystarczająco. Niebawem ujrzał Faustę, piękniejszą niż kiedykolwiek; była paradnie wystrojona, a towarzyszyło jej dwudziestu wielbicieli z najwyższego towarzystwa. Radość jaśniała w jej oczach i na jej wargach. „Jasne jest — powiadał sobie nieszczęśliwy zazdrośnik — że ona spodziewa się tu zastać człowieka, którego kocha i którego od dawna może, dzięki mnie, nie mogła oglądać.” Naraz szczęście trysło z oczu Fausty. „Rywal jest tuż” — powiadał sobie M... Podrażniona próżność sprawiała mu nieznośny ból. „Jakże ja wyglądam, dublując rolę książątka, które gdzieś tu tkwi w przebraniu?” Ale mimo wysiłków nie zdołał odkryć rywala, którego drapieżne jego oczy tropiły na wszystkie strony.
Co chwila Fausta, obiegłszy oczami cały kościół, zatrzymywała w końcu brzemienne miłością i szczęściem spojrzenie na ciemnym kącie, gdzie M... znajdował się w ukryciu. W sercu przejętym namiętnością miłość zdolna jest przecenić najlżejsze odcienie i tłumaczyć je najniedorzeczniej; biedny M... był w końcu przeświadczony, że Fausta go widzi; że mimo jego wysiłków, spostrzegłszy jego śmiertelną zazdrość, chce ją zganić i równocześnie pocieszyć tymi czułymi spojrzeniami!
Grobowiec kardynała, za którym M... się umieścił, wznosił się na kilka stóp nad marmurową posadzką kościoła. Msza dla modnisiów skończyła się koło pierwszej, większość wiernych odeszła. Fausta odprawiła swoich galantów pod pozorem modlitwy; osunęła się na klęcznik, oczy jej czulsze i bardziej błyszczące zwróciły się ku M...; od czasu jak kościół się opróżnił, spojrzenia jej nie zadawały sobie tego trudu, aby obiegać cały kościół, nim przystawały z upojeniem na posągu kardynała. „Cóż za delikatność” — powiadał sobie hrabia, myśląc, że ona na niego patrzy. Wreszcie Fausta wstała i wyszła nagle, wykonawszy rękoma parę dziwnych ruchów.
M..., pijany miłością i prawie otrzeźwiony z szalonej zazdrości, opuścił swoje miejsce, aby biec do pałacu kochanki i dziękować jej tysiąc razy, kiedy — mijając grobowiec — spostrzegł młodego człowieka w czerni: ta złowroga postać klęczała wsparta o płytę, tak iż spojrzenia zazdrosnego kochanka mogły przechodzić nad jego głową i nie widzieć go.