— Hrabia M... — ciągnęła — jest wściekły, a moja pani wie, że on jest zdolny do wszystkiego. Poleciła mi powiedzieć, że chciałaby być o sto mil razem z panem.

Opowiedziała Fabrycemu scenę w kościele w dniu świętego Stefana i wściekłość M..., który nie stracił ani jednego ze spojrzeń i znaków, jakie Fausta, tego dnia szalejąca za Fabrycym, mu przesłała. Hrabia dobył sztyletu, chwycił Faustę za włosy i gdyby nie jej przytomność, byłaby zgubiona.

Fabrycy zaprowadził Bettinę do mieszkania, które miał niedaleko. Opowiedział, że pochodzi z Turynu, jest synem pewnego wielkiego pana, który chwilowo znajduje się w Parmie, co go zmusza do ostrożności. Bettina odpowiedziała mu ze śmiechem, że jest o wiele większym panem, niż chce okazać. Bohater nasz potrzebował sporo czasu, zanim zrozumiał, że śliczna dziewczyna bierze go ni mniej, ni więcej tylko za samego następcę tronu. Fausta bała się i kochała już po trosze Fabrycego; wymogła na sobie, aby nie zdradzić jego nazwiska przed pokojówką, i opowiedziała jej bajeczkę o księciu. Fabrycy wyznał wreszcie Bettinie, że zgadła. „Ale — dodał — jeśli moje imię się rozgłosi, wówczas mimo całej miłości, której dałem twojej pani tyle dowodów, będę musiał przestać ją widywać i natychmiast ministrowie mego ojca, łajdaki, których przepędzę kiedyś, każą Fauście opuścić kraj, który dotąd upiększała swą obecnością.”

Nad ranem układał z pokojóweczką różne sposoby dostania się do Fausty; kazał zawołać Lodovica i paru jeszcze chwatów spośród swoich ludzi, którzy omawiali szczegóły z Bettiną, gdy on pisał do Fausty najszaleńszy list; sytuacja dozwalała teatralnej przesady, jakoż Fabrycy nie darował jej sobie. Dopiero o świcie rozstał się z pokojówką, wielce zadowoloną z manier młodego księcia.

Powtórzono sto razy, iż obecnie, skoro Fausta porozumiała się już z kochankiem, ten nie będzie się pojawiał pod oknami pałacu, aż wówczas kiedy go będzie mogła przyjąć; wtedy da mu sygnał. Ale Fabrycy, zadurzony w Bettinie, a bliski tryumfu z Faustą, nie mógł wytrzymać na swym odludziu o dwie mile od Parmy. Nazajutrz, koło północy, przybył na koniu i z dobrą eskortą, aby odśpiewać pod oknami Fausty modną piosenkę, przekształcając okolicznościowo słowa. „Czyż nie tak poczynają sobie kochankowie?” — powiadał.

Od czasu jak Fausta skłoniła się do schadzki, polowanie to dłużyło się Fabrycemu. „Nie, nie kocham — powiadał, śpiewając dość licho pod oknami pałacyku — Bettina wydaje mi się sto razy milsza od Fausty i raczej chciałbym w tej chwili być przy niej.” Fabrycy, dość znudzony, wracał właśnie do swej kwatery, kiedy o pięćset kroków od pałacyku Fausty kilkunastu ludzi rzuca się na niego; czterech chwyta konia za uzdę, dwaj inni chwycili go pod ramiona. Lodovico i bravi51, również otoczeni, zdołali uciec, wypaliwszy z pistoletów. Wszystko to było dziełem jednej chwili; w mgnieniu oka, jak gdyby czarami, zjawia się na ulicy pięćdziesiąt zapalonych pochodni — wszystko ludzie dobrze uzbrojeni. Fabrycy mimo tej przemocy zdołał zeskoczyć z konia i silił się przebić; zranił nawet jednego draba, który mu trzymał ramię jak kleszczami; ale zdziwił się mocno, kiedy ten ozwał się tonem najgłębszego uszanowania:

— Wasza Wysokość raczy mi wyznaczyć wysoką pensję za tę ranę, co będzie dla mnie o wiele korzystniejsze, niż popełniać obrazę majestatu, dobywając szpady przeciw memu władcy.

„Ot, kara za moje głupstwo — rzekł sobie Fabrycy — zgubię duszę za grzech, który mnie wcale nie nęcił.”

Zaledwie się skończyła ta potyczka, pojawiło się kilku lokajów w paradnej liberii, niosąc złoconą i dziwacznie pomalowaną lektykę; była to jedna z owych komicznych lektyk, jakimi maski posługują się w karnawale. Sześciu ludzi ze sztyletami w dłoni zaprosiło Jego Wysokość do lektyki, powiadamiając, że chłód wieczorny mógłby mu zaszkodzić na głos; udawano formy pełne najwyższego uszanowania, wykrzykując co chwila tytuły książęce. Pochód ruszył; Fabrycy doliczył się przeszło pięćdziesięciu ludzi niosących zapalone pochodnie. Mogła być pierwsza rano; ludzie zaczęli wyglądać ze wszystkich okien, zwabieni tą uroczystością. „Obawiałem się puginału hrabiego M... — powiadał sobie Fabrycy — poprzestaje na tym, że sobie drwi ze mnie; nie posądzałem go o tyle smaku. Ale czy on istotnie myśli, że ma do czynienia z księciem? Jeśli dowie się, że jestem tylko Fabrycym, puginał gotów być w robocie!”

Owych pięćdziesięciu ludzi z pochodniami oraz dwudziestu uzbrojonych, zatrzymawszy się długo pod oknami Fausty, udało się w paradzie pod najświetniejsze pałace w mieście. Marszałkowie dworu, idący po obu stronach lektyki, zapytywali od czasu do czasu Jego Wysokość, czy nie raczy dać jakich rozkazów. Fabrycy nie stracił głowy; przy blasku pochodni dojrzał, że Lodovico i jego ludzie zdążają za pochodem możliwie blisko. Fabrycy powiedział sobie: „Lodovico ma ledwie jakiś dziesiątek ludzi i nie śmie szukać walki.” Z głębi lektyki Fabrycy widział, że ludzie; których użyto do tego niesmacznego figla, uzbrojeni są od stóp do głów. Udawał, że śmieje się wraz z marszałkami dworu, przydzielonymi do jego usług. Po dwóch godzinach tryumfalnego pochodu spostrzegł, że kierują się w stronę pałacu Sanseverina.