— A, ptaszki jaśnie panienki, które tak kocha! — rzekł dobrodusznie ów człowiek — schowane, zasłonięte, przepadło, jak wszystko inne.
Stolarz miał równie ściśle zakazaną wszelką rozmowę, jak dozorca; ale czuł litość dla młodego więźnia: objaśnił go, że te olbrzymie żaluzje, wsparte ukośnie na futrynie, miały zostawiać więźniom jedynie widok nieba.
— Robi się to ze względów moralnych — rzekł — aby pomnożyć w duszy więźniów zbawienny smutek i żądzę poprawy. Generał — dodał stolarz — wpadł również na ten pomysł, aby usuwać szyby i zastępować je naoliwionym papierem.
Fabrycemu podobał się uszczypliwy ton tej gawędy, bardzo rzadki we Włoszech.
— Chciałbym bardzo mieć ptaszka dla rozrywki; przepadam za tym; kupcie mi ptaszka od pokojówki panny Klelii.
— Jak to! Zna ją pan! — wykrzyknął stolarz — że pan ją tak nazywa po imieniu?
— Któż nie słyszał o tej sławnej piękności? Ale miałem też zaszczyt spotkać ją parę razy na dworze.
— Biedna panienka nudzi się tu na umór — dodał stolarz — żyje tylko ze swymi ptaszkami. Dziś rano kupiła piękne drzewka pomarańczowe, które z jej rozkazu pomieszczono koło bramy pod pańskim oknem; gdyby nie gzyms, mógłby je pan zobaczyć.
Objaśnienie to było dla Fabrycego bardzo cenne; wręczył stolarzowi monetę, dodając parę życzliwych słów.
— Popełniam dwa błędy na raz — rzekł tamten — mówię z Waszą Ekscelencją i biorę pieniądze. Kiedy pojutrze przyjdę zakładać żaluzję, przyniosę ptaszka w kieszeni; jeśli nie będę sam, udam, że mi się wymknął przypadkiem. O ile zdołam, przyniosę panu książkę do modlenia; musi panu bardzo dolegać, że pan nie może odmówić wszystkich pacierzy.