Pewnej nocy Fabrycy myślał nieco uważniej o ciotce — zdumiał się: ledwie że mógł rozpoznać jej obraz; wspomnienie o niej zmieniło się zupełnie; w tej chwili miała dlań pięćdziesiąt lat.

„Wielki Boże! — wykrzyknął z zapałem — jakież to szczęście, iż ja jej nie powiedziałem, że ją kocham! Nie mógł już zrozumieć, w jaki sposób wydawała mu się tak ładna. Pod tym względem Marieta mniej odmieniła się w jego wspomnieniu; a to dlatego, że nigdy nie wyobrażał sobie, aby dusza jego była w jakiej bądź mierze związana z Marietą, gdy często myślał, że cała jego dusza należy do Giny. Księżna d’A... i Marieta wydawały mu się obecnie niby dwie młode gołębice, których wdzięk polegał na słabości i naiwności, gdy wzniosły obraz Klelii Conti, owładając całą jego duszą, budził w nim niemal grozę. Zbyt dobrze czuł, że szczęście jego życia zmusi go, aby się liczył z córką gubernatora, i że w jej mocy jest uczynić go najnieszczęśliwszym z ludzi. Co dzień uczuwał śmiertelny lęk, że nagle, przez jej nieodwołalny kaprys, skończy się dziwne i rozkoszne życie, jakie pędził w jej pobliżu; bądź co bądź wypełniła już ona szczęściem pierwsze dwa miesiące więzienia. Był to okres, w którym dwa razy w tygodniu generał Fabio Conti powiadał do księcia:

— Mogę dać Waszej Wysokości słowo honoru, że więzień del Dongo nie rozmawia z nikim i pędzi dni w największym przygnębieniu lub śpi.

Klelia zachodziła parę razy dziennie do ptaszkami, niekiedy na chwilę. Gdyby Fabrycy tak jej nie kochał, dostrzegłby łatwo, że jest kochany; ale miał śmiertelne obawy w tej mierze. Klelia kazała pomieścić w ptaszkarni klawikord. Trącając klawisze, iżby dźwięk instrumentu mógł zaświadczyć o jej obecności i oszukać straże przechadzające się pod oknem, odpowiadała oczami na pytania Fabrycego. W jednym tylko przedmiocie nie odpowiadała nigdy, nawet w krytycznych momentach ratowała się ucieczką, niekiedy znikając na cały dzień: a to, kiedy znaki Fabrycego wyrażały uczucia, których zbyt trudno byłoby jej nie zrozumieć. Na tym punkcie była nieubłagana.

Tak więc, mimo że zamknięty w dość małej klatce, Fabrycy miał życie bardzo zajęte; całe było obrócone na rozwiązanie tego ważnego problemu: „Czy ona mnie kocha?” Rezultatem tysiąca bez przerwy ponawianych, ale też bez przerwy podawanych w wątpliwość spostrzeżeń było: „Wszystkie jej rozmyślne gesty mówią »nie«, ale mimowolne drgnienia oczu jak gdyby wyznają, że nabiera do mnie sympatii.”

Klelia miała nadzieję, że nigdy nie dojdzie do wyznania; jakoż — aby oddalić to niebezpieczeństwo — odtrąciła z przesadnym oburzeniem wielokrotną prośbę Fabrycego. Nędza środków używanych przez biednego więźnia powinna była może tchnąć w Klelię więcej litości. Chciał się z nią porozumiewać za pomocą liter, które pisał na dłoni kawałkiem węgla tryumfalnie wygrzebanym z pieca: składałby słowa kolejno, litera po literze. Wynalazek ten byłby wzbogacił konwersację o tyle, że pozwoliłby mówić rzeczy ścisłe. Okno więzienia znajdowało się o dwadzieścia pięć stóp od okna Klelii — cóż za gratka gawędzić z osobą ponad głowami straży przechadzającej się przed pałacem gubernatora. Fabrycy wątpił, czy jest kochany; gdyby posiadał nieco doświadczenia, nie miałby żadnej wątpliwości; ale nigdy żadna kobieta nie zaprzątała jego serca. Nie miał zresztą pojęcia o pewnej tajemnicy, która — gdyby ją znał — pogrążyłaby go w rozpaczy: mówiono właśnie szeroko o małżeństwie Klelii z margrabią Crescenzi, najbogatszym człowiekiem na dworze.

Rozdział dziewiętnasty

Ambicja generała, rozpalona do białości kłopotami hrabiego Mosca, które zdawały się wróżyć jego upadek, doprowadziła go do tego, iż zaczął robić gwałtowne sceny córce. Powtarzał jej bez ustanku, że łamie mu los, o ile się nie zdecyduje wreszcie na wybór; że po dwudziestym roku jest czas się namyślić: że to okrutne osamotnienie, w jakim niedorzeczny jej upór pogrąża generała, musi w końcu ustać itd., itd.

Chęć uniknięcia tych ciągłych wybuchów była pierwotną przyczyną, dla której Klelia schroniła się do ptaszkarni; można się tam było dostać jedynie bardzo niewygodnymi schodkami, do których podagra tamowała generałowi drogę.

Od kilku tygodni dusza Klelii znajdowała się w takiej rozterce, tak mało wiedziała sama, czego ma pragnąć, że nie dając wyraźnie słowa ojcu, niemal dała się przekonać. Raz, w przystępie gniewu, generał wykrzyknął, że potrafi ją zamknąć w najsmutniejszym klasztorze w Parmie i pozwoli się jej tam kwasić tak długo, aż wreszcie raczy uczynić wybór.