— Biedny mały, zabiją go od razu, jak mi Bóg miły! Musisz iść ze mną — rzekła markietanka stanowczo.
— Ja chcę się bić.
— Będziesz się bił, nie bój się; szósty szwoleżerów to chwaty; jest dziś zresztą robota dla wszystkich.
— A kiedyż zajdziemy do pułku?
— Za kwadrans najdalej.
„Pod opieką tej zacnej kobiety — pomyślał Fabrycy — mimo mej nieświadomości nie wezmą mnie za szpiega i będę się mógł bić.”
W tej chwili armaty zagrały mocniej, jeden strzał następował po drugim.
— Istny różaniec — rzekł Fabrycy.
— Można już rozróżnić salwy — rzekła markietanka, podcinając konika, wyraźnie podnieconego bitwą.
Skręciła na prawo i puściła się na przełaj przez łąki; błota było na pół łokcia; wózek omal nie ugrzązł, Fabrycy musiał go popychać. Koń upadł mu dwa razy; niebawem droga stała się suchsza, biegnąc jedynie ścieżką wśród murawy. Nim Fabrycy ujechał pięćset metrów, koń zatrzymał się: trup leżał w poprzek ścieżki przyprawiając o wzdrygnięcie jeźdźca i wierzchowca.