Kazałam im wprzódy zaprzysiąc na Ewangelię, że mi powiedzą prawdę, choćby nawet najokrutniejszą. Pierwszy z tych ludzi zagroził chirurgowi donosicielowi w Ferrarze, że się nań rzuci z otwartym nożem w ręce; drugi powiedział ci po twoim powrocie z Belgirate, że byłoby może przezorniej strzelić w łeb stajennemu, który szedł z lasu śpiewając i prowadził angielskiego konika: trzeciego nie znasz — to bandyta, mój przyjaciel, gotowy na wszystko, odważny jak ty; dlatego zwłaszcza prosiłam go, aby mi powiedział, co powinieneś robić. Każdy z osobna orzekł — nie wiedząc, że radzę się i dwóch innych — że lepiej narazić się na skręcenie karku niż spędzić jeszcze jedenaście lat i cztery miesiące w ciągłej obawie wielce prawdopodobnej trucizny.
Trzeba ci się przez miesiąc ćwiczyć w celi we wchodzeniu i schodzeniu po sznurze. Potem, w dzień świąteczny, w którym załoga otrzyma dodatkową porcję wina, puścisz się na wielkie dzieło. Dostaniesz trzy liny z jedwabiu i z konopi grubości łabędziego pióra; pierwsza na osiemdziesiąt stóp, aby się spuścić trzydzieści pięć stóp z okna do pomarańczowych drzewek; druga na trzysta stóp — i tu jest trudność z przyczyny ciężaru — aby przebyć sto osiemdziesiąt stóp po ścianie wielkiej wieży; trzecia, na trzydzieści stóp, posłuży do przebycia wału. Spędzam dnie całe na studiowaniu muru od strony wschodniej, to znaczy od Ferrary; wyłom uczyniony przez trzęsienie ziemi wypełniono szkarpą, która tworzy równię pochyłą. Mój bandyta upewnia mnie, że podjąłby się zejść tamtędy bez zbytnich trudności, jedynie kosztem paru zadraśnięć, zsuwając się po pochyłości tej szkarpy. Pionowo wynosi to dwadzieścia osiem stóp do samego dołu — ta strona jest najmniej strzeżona.
Jednakże, razem wziąwszy, ów bandyta, który trzy razy uciekał z więzienia i którego byś pokochał, gdybyś go znał, chociaż on nie cierpi ludzi twojej kasty; mój bandyta, powiadam, lekki i zwinny jak ty, sądzi, że lepiej byłoby spuścić się od strony zachodniej, na wprost pałacyku, zajmowanego niegdyś przez Faustę, dobrze ci znanego. Ku tej stronie skłania go wzgląd, że mur, mimo iż lekko pochyły, jest prawie cały porośnięty krzem; są tam ździebełka drzewa, grubości małego palca, które mogą podrapać, jeśli się nie uważa, ale których można wybornie się chwytać. Dziś rano oglądałam tę stronę przez doskonałą lunetę: najlepsze miejsce jest tuż pod nowym kamieniem, który wstawiono w balustradę przed paru laty. Poniżej tego kamienia znajdziesz nagą przestrzeń długą na dwadzieścia stóp; trzeba się tam posuwać bardzo wolno (czujesz, jak moje serce drży, gdy ci daję te straszliwe wskazówki, ale wszak odwaga polega na tym, aby wybrać mniejsze zło, choćby nawet i ono było straszne); po tej nagiej przestrzeni znajdziesz osiemdziesiąt lub dziewięćdziesiąt stóp gęstego krza, gdzie latają ptaki, potem trzydzieści stóp trawy i ziela. Następnie, bliżej ziemi, dwadzieścia stóp krzów i wreszcie dwadzieścia pięć lub trzydzieści stóp świeżo pobielonych.
Co by mnie skłaniało ku tej stronie, to, iż tam, wprost pod nowym kamieniem w balustradzie, znajduje się drewniana chałupa, którą żołnierz wybudował w swoim ogródku, a którą przydzielony do twierdzy kapitan inżynierii koniecznie chce mu kazać zburzyć; jest siedemnaście stóp wysoka, pokryta słomą, dachem zaś przytyka do muru cytadeli. Ten dach mnie nęci; w razie — okropna rzecz! — jakiego nieszczęścia, złagodziłby twój upadek. Raz się tam znalazłszy, jesteś w obrębie szańców, które są dość niedbale strzeżone; gdyby cię ktoś chciał zatrzymać, wal z pistoletu i broń się kilka minut.
Twój przyjaciel z Ferrary i drugi tęgi chwat, ten, którego nazywam bandytą, będą mieli drabinki i nie zawahają się wdrapać na szaniec dość niski, aby ci przyjść z pomocą.
Szaniec ma tylko dwadzieścia trzy stopy wysokości i jest bardzo pochyły. Będę czekała pod murem z garścią uzbrojonych ludzi.
Mam nadzieję przesłać ci jeszcze kilka listów tą samą drogą. Będę powtarzała wciąż te same rzeczy innymi słowami, aby się dobrze porozumieć. Zgadujesz, z jakim sercem donoszę ci, że człowiek z kulą w łeb stajennemu, który, ostatecznie, jest najzacniejszym człowiekiem i który umiera ze zgryzoty, myśli, że się z tego wywiniesz kosztem złamanej ręki. Bandyta, który ma więcej doświadczenia w takich wyprawach, sądzi, że jeżeli zechcesz się spuszczać bardzo wolno, nie gorączkując się, wolność będzie cię kosztowała jedynie parę zadraśnięć. Główna trudność to wystarać się o liny; o tym też myślę całe dwa tygodnie, przez które ta idea wypełnia wszystkie moje chwile.
Nie odpowiadam ci na to szaleństwo, jedyną niedorzeczność, jaką powiedziałeś w życiu: „Nie chcę uciekać.” Człowiek z kulą w łeb stajennemu wykrzyknął, żeś oszalał z nudów. Nie ukrywam ci, że obawiamy się bardzo bliskiego niebezpieczeństwa, które przyśpieszy może dzień twojej ucieczki. Gdy będzie trzeba oznajmić ci to niebezpieczeństwo, lampa powie ci kilka razy z rzędu: „Ogień w zamku”.
Na co odpowiesz: „Czy moje książki spłonęły?”
List zawierał jeszcze kilka stronic szczegółów; pisany był mikroskopijnym pismem na cieniutkim papierze.