Żegnaj, Fabrycy! Będę się modliła, i to lejąc gorzkie łzy, możesz mi wierzyć, gdy ty będziesz w tak strasznym niebezpieczeństwie! Jeśli zginiesz, ja cię nie przeżyję! Boże! co ja mówię? Ale jeśli ci się powiedzie, nie ujrzę cię już nigdy. W niedzielę po mszy znajdziesz w celi pieniądze, truciznę, sznury — wszystko przesłane przez tę straszliwą kobietę, która cię namiętnie kocha i która powtórzyła mi trzy razy, że trzeba obrać tę drogę. Niech cię strzeże Bóg i święta Madonna.
Fabio Conti był to żandarm wciąż niespokojny, wciąż nieszczęśliwy, rojący nawet we śnie, że któryś więzień mu ucieka. Znienawidzony był w całej cytadeli; że jednak nieszczęście jednako urabia wszystkich, biedni więźniowie, nawet ci, którzy byli skuci w kaźni na trzy stopy wysokiej, na trzy stopy szerokiej i na osiem stóp długiej, gdzie nie mogli stać, ani siedzieć, wszyscy tedy więźniowie, nawet ci, powtarzam, wpadli na pomysł, aby kazać na swój koszt odśpiewać Te Deum, kiedy się dowiedzieli, że gubernator wyszedł z niebezpieczeństwa. Paru nieszczęśników napisało sonety na cześć Fabia Conti. Och! jakże działa nieszczęście na ludzi! Niechaj tego, który ich potępia, los skaże na to, aby spędził rok w jamie na trzy stopy wysokiej, z ośmioma uncjami chleba dziennie i postem co piątek!
Klelia, która opuszczała pokój ojca jedynie po to, aby się pomodlić w kaplicy, oznajmiła, że gubernator postanowił, iż uroczystości odbędą się aż w niedzielę. Tego dnia rano Fabrycy był na mszy i na Te Deum; wieczorem były ognie sztuczne, w sieniach zaś pałacu rozdano żołnierzom wino w ilości cztery razy większej niż ta, którą gubernator zezwolił. Nieznajoma ręka podsunęła nawet kilka baryłek wódki, które żołnierze wypróżnili. Żołnierze, którzy pili, nie mogli w szlachetności swojej pozwolić, aby koledzy pełniący wartę byli skrzywdzeni; w miarę jak każdy dochodził do swej budki, przekupiony służący podawał im wino. Nie wiadomo z czyjej ręki ci, którzy objęli wartę o północy i później, dostali też wódki, przy czym za każdym razem zostawiano przez zapomnienie butelkę (jak to wykazał późniejszy proces).
Zamęt trwał dłużej, niż Klelia przypuszczała, dopiero koło pierwszej w nocy Fabrycy, który od tygodnia przepiłowywał dwie sztaby w oknie (w tym, które nie wychodziło na ptaszkarnię), zaczął zdejmować okiennicę, pracował niemal nad głową szyldwachów, którzy pilnowali pałacu gubernatora i nie słyszeli nic. Uczynił jedynie kilka dodatkowych węzłów na ogromnym sznurze, potrzebnym, aby zejść z tej strasznej wysokości stu osiemdziesięciu stóp. Przewiesił sobie te sznury przez pierś, niby ładownicę: zawadzały mu, zajmowały bowiem masę miejsca, odstawały przeszło na osiemnaście cali od ciała. „To wielka przeszkoda” — powiedział sobie Fabrycy.
Ułożywszy jakoś ten sznur Fabrycy wziął linkę, za pomocą której miał przebyć trzydzieści pięć stóp dzielących jego okno od terasy, na której znajdował się pałac gubernatora. Że jednak, mimo iż żołnierze byli pijani, nie mógł im zleźć wprost na głowy, wyszedł, jak rzekliśmy, drugim oknem, tym, które wychodziło na dach strażnicy. Otóż, skoro tylko generał odzyskał mowę, wpadł na myśl — dziwactwa chorego — aby sprowadzić dwustu żołnierzy do tej dawnej strażnicy, opustoszałej przeszło od stu lat. Powiadał, że ci, co go otruli, zechcą go zamordować w łóżku: tych dwustu żołnierzy miało go strzec. Można sobie wyobrazić, jak ten nieoczekiwany krok podziałał na Klelię: bogobojna dziewczyna czuła, do jakiego stopnia zdradza ojca, i to ojca, którego niemal otruto w sprawie jej ukochanego. W niespodziewanym przybyciu tych dwustu ludzi ujrzała wyrok Opatrzności, który jej bronił iść dalej i uwolnić z więzienia Fabrycego.
Ale cała Parma mówiła o bliskiej śmierci więźnia. Poruszano świeżo ten przedmiot na uroczystości weselnej Julii Crescenzi. Skoro dla takiego głupstwa, jak utrupienie jakiegoś komedianta, człowieka takiego jak Fabrycy nie wypuszczano na wolność po dziewięciu miesiącach więzienia, mimo poparcia pierwszego ministra, znaczyło to, że musi być w tej sprawie polityka. „W takim razie nie ma co się nim zajmować — powiadano — jeśli władzom nie wypada uśmiercić go na publicznym placu, umrze niebawem z choroby. Ślusarz, wezwany do pałacu przez generała, mówił o Fabrycym jak o kimś straconym od dawna, którego śmierć ukrywa się przez politykę. To skłoniło ostatecznie Klelię.
Rozdział dwudziesty drugi
W ciągu dnia oblegały Fabrycego przykre refleksje, ale w miarę jak słyszał bicie godzin zbliżających go do chwili działania, czuł się lekki i wesoły.
Księżna ostrzegła go, że upije się świeżym powietrzem i że znalazłszy się poza celą nie będzie mógł iść; w takim razie lepiej — bądź co bądź — narazić się na pojmanie niż rzucać się z muru wysokiego na sto osiemdziesiąt stóp. „Jeżeli zdarzy mi się to nieszczęście — powiedział Fabrycy — położę się pod parapetem, prześpię się godzinę, po czym zacznę na nowo. Skoro przysiągłem Klelii, wolę raczej spaść z muru, choćby najwyższego, niż musieć się wciąż zastanawiać nad smakiem więziennego chleba. Cóż za boleści musi doznawać człowiek ginący od trucizny! Fabio Conti nie będzie robił ceremonii, każe mi podać arszenik, którym się truje szczury w cytadeli.”
Około północy gęsta biaława mgła, która wyłania się niekiedy z Padu, spowiła najpierw miasto, następnie podniosła się aż na terasę i bastiony, wśród których wznosi się wielka wieża cytadeli. Fabrycy zauważył, że z parapetu platformy pewnie już nie widać akacji otaczających ogródki założone przez żołnierzy u stóp olbrzymiego muru. „To świetnie” — pomyślał.