— Powiem ci zaraz, że trzeba rozkochać w sobie księcia... Ale, rozumie się, do uczciwych granic, pamiętaj!
Zawołano księżnę na scenę, pobiegła pędem.
W kilka dni potem pani Sanseverina otrzymała pocztą niezdarny list podpisany nazwiskiem jej dawnej pokojówki; kobieta ta prosiła o umieszczenie jej przy dworze, ale księżna poznała od pierwszego rzutu oka, że to nie jest jej pismo ani styl. Odwracając kartkę, aby przeczytać drugą stronę, księżna ujrzała, iż upadł jej do stóp cudowny obrazek Madonny, zawinięty w kartkę wydartą ze starej książki. Rzuciwszy okiem na obrazek, księżna odczytała kilka wierszy drukowanej stronicy. Oczy jej zabłysły na widok tych słów:
Trybun brał sto franków na miesiąc, nie więcej; resztą chciał ożywić święty ogień w duszach zmrożonych egoizmem. Lis jest na moim tropie i oto czemu nie starałem się widzieć ostatnim razem ubóstwianej istoty. Powiadałem sobie: „Ona nie lubi republiki, ona, która przewyższa mnie rozumem, zarówno jak wdziękami i urodą. Zresztą jak stworzyć republikę bez republikanów? Czyżbym się mylił? Za pół roku przebiegnę z mikroskopem w ręku i pieszo małe mieściny w Ameryce i zobaczę, czy mam jeszcze kochać jedyną rywalkę, jaką pani posiada w mym sercu. Jeśli pani otrzyma ten list, pani baronowo, i jeśli żadne niepowołane oko nie czytało go przed panią, niech pani każe złamać młody jesion zasadzony o dwadzieścia kroków od miejsca, gdzie ośmieliłem się przemówić do pani pierwszy raz. Wówczas każę zagrzebać pod wielkim bukszpanem w ogrodzie, który pani zauważyła raz w czasie moich szczęśliwych dni, skrzynkę, gdzie znajdą się te rzeczy, które ściągają potwarze na głowę ludzi z moimi przekonaniami. Z pewnością nie pozwoliłbym sobie pisać, gdyby lis nie był na moim tropie i gdyby nie mógł dotrzeć do tej niebiańskiej istoty. Zbadać bukszpan za dwa tygodnie.
„Skoro ma drukarnię do rozporządzenia — powiadała sobie księżna wkrótce będziemy mieli zbiorek sonetów. Bóg wie, co on mi tam za imiona nada.”
Zalotność księżnej kazała jej uczynić próbę; przez tydzień była cierpiąca i dwór nie miał przemiłych wieczorów. Księżna-matka, zawstydzona wszystkim, co strach przed synem kazał jej uczynić w pierwszych dniach wdowieństwa, postanowiła spędzić ten dzień w klasztorze przy kościele, gdzie pochowano nieboszczyka męża. Ta przerwa w wieczorach przygniotła księcia olbrzymią sumą wolnego czasu i zadała potężny cios wpływom ministra sprawiedliwości. Ernest V zrozumiał nudę, jaka mu grozi, w razie gdyby pani Sanseverina opuściła dwór lub bodaj przestała napełniać go radością. Wieczory zaczęły się na nowo i książę objawiał coraz większe zainteresowanie komediami dell’arte. Miał ochotę zagrać, ale nie śmiał przyznać się do tej ambicji. Jednego dnia, rumieniąc się mocno, rzekł do pani Sanseverina:
— Czemu i ja nie miałbym grać?
— Jesteśmy tu wszyscy na rozkazy Waszej Wysokości; jeśli Wasza Wysokość raczy mi rozkazać, polecę ułożyć plan komedii, w której najświetniejsze sceny przypadną Waszej Wysokości ze mną. Że zaś przez pierwsze dwa dni wszyscy są nieco niepewni, jeśli książę raczy mi się przyglądać z niejaką uwagą, pozwolę sobie poddawać mu odpowiedzi.
Wszystko ułożono bardzo zręcznie. Książę, bardzo nieśmiały, wstydził się swej nieśmiałości; trudy, jakie zadała sobie pani Sanseverina, aby mu oszczędzić tych męczarni, zrobiły głębokie wrażenie na młodym monarsze.
W dzień pierwszego występu przedstawienie zaczęło się o pół godziny wcześniej niż zwykle; w tej chwili znajdowało się w salonie jedynie osiem lub dziesięć starszych pań. Te fizjonomie nie onieśmielały księcia; zresztą damy owe, wychowane w Monachium w prawdziwych zasadach monarchistycznych, oklaskiwały wszystko. Czyniąc użytek ze swej władzy jako ochmistrzyni, pani Sanseverina zamknęła na klucz drzwi, którymi ciżba dworska wchodziła na widowisko. Książę, który miał zmysł literacki i był ładnym chłopcem, wywiązał się dobrze z pierwszych scen; bardzo sprytnie powtarzał zdania, które czytał w oczach księżnej lub które mu poddawała. Gdy nieliczni słuchacze oklaskiwali ze wszystkich sił, pani Sanseverina dała znak, otwarto główne wejście i widownia zapełniła się w jednej chwili wszystkimi pięknościami dworu, które widząc uroczą i zadowoloną fizjonomię księcia, zaczęły klaskać; książę zaczerwienił się ze szczęścia. Grał rolę zakochanego w pani Sanseverina. Nie tylko nie potrzebowała mu poddawać słów, ale niebawem musiała skracać sceny; mówił o swej miłości z zapałem, który często wprawiał aktorkę w zakłopotanie; odpowiedzi jego trwały po pięć minut. Pani Sanseverina nie była już ową olśniewającą pięknością z zeszłego roku — więzienie Fabrycego, a więcej jeszcze pobyt z Fabrycym, chmurnym i milczącym, nad Lago Maggiore przydały dziesięć lat pięknej Ginie. Rysy jej zaostrzyły się, miały więcej duszy, a mniej młodości.