— Nie czuję jeszcze bólów — rzekł — ale niebawem padnę tu u twych stóp; pomóż mi umrzeć.

— O mój kochany — rzekła — umrę z tobą. — To mówiąc, ściskała go konwulsyjnie.

Była tak piękna, wpółubrana i w takim uniesieniu, że Fabrycy nie mógł oprzeć się mimowolnemu niemal gestowi. Nie spotkał żadnego oporu.

W upojeniu miłości i szlachetności, które następuje po najwyższym szczęściu, rzekł niebacznie:

— Nie trzeba, aby niegodne kłamstwo splamiło pierwsze chwile naszego szczęścia: gdyby nie twoja energia, byłbym już trupem lub też walczyłbym z okrutnymi boleściami, ale miałem dopiero zacząć jeść w chwili, gdy weszłaś; nie tknąłem jeszcze tych półmisków.

Fabrycy roztoczył ten okrutny obraz, aby zażegnać oburzenie, które już czytał w oczach Klelii. Patrzyła nań długą chwilę, szarpana gwałtownymi i sprzecznymi uczuciami, po czym rzuciła się w jego ramiona. Rozległ się hałas na dziedzińcu, otwierano i zamykano troje żelaznych drzwi, słychać było głosy, krzyki.

— Ha! gdybym miał broń! — wykrzyknął Fabrycy — kazano mi ją oddać, nim mi pozwolono wejść. Z pewnością przychodzą mnie dobić. Żegnaj, Klelio moja, błogosławię śmierć, skoro stała się przyczyną mego szczęścia.

Klelia uścisnęła go i podała mu sztylet o rączce z kości słoniowej, a ostrzu nie dłuższym niż ostrze scyzoryka.

— Nie daj się zabić — rzekła — broń się do upadłego; jeśli wuj Cezar usłyszy zgiełk, on jest dzielny i zacny, ocali cię! Idę pomówić z nim. — To mówiąc, rzuciła się ku drzwiom.

— Jeśli cię nie zabiją — rzekła gorączkowo, trzymając rękę na ryglu i zwracając głowę w jego stronę — raczej daj się zagłodzić, niżbyś miał tknąć czegokolwiek. Miej zawsze ten chleb przy sobie.