— Jeśli ujrzę Fabrycego przy życiu, jeśli będzie żył jeszcze za tydzień, jeśli Wasza Wysokość zamianuje go koadiutorem z przywilejem następstwa po arcybiskupie Landriani, wówczas honor mój, moją godność kobiecą, wszystko zdepcę i będę należała do Waszej Wysokości.

— Ale, droga przyjaciółko — rzekł książę z zabawnym połączeniem nieśmiałości i uczucia — ja lękam się jakiejś zasadzki, której nie dostrzegam, a która mogłaby zniweczyć moje szczęście; nie przeżyłbym tego. Jeżeli arcybiskup przeciwstawi mi jakieś trudności kościelne, które odwleką sprawę na całe lata, cóż się ze mną stanie? Widzi pani, że ja postępuję szczerze, czy zechcesz bawić się ze mną w jezuitkę?

— Nie: uczciwie, jeżeli Fabrycy będzie ocalony; jeżeli całą swoją mocą uczynisz go, książę, koadiutorem i przyszłym arcybiskupem, wyrzekam się mej czci i jestem twoją. Wasza Wysokość zobowiązuje się położyć słowo zezwalam na podaniu, które arcybiskup przedłoży w ciągu tygodnia.

— Podpisuję in blanco; panuj nade mną i nad moim krajem! — wykrzyknął książę rumieniąc się ze szczęścia i naprawdę nieprzytomny. Zażądał ponownej przysięgi.

Był tak wzruszony, że zapomniał swej wrodzonej nieśmiałości i w tej kaplicy, gdzie byli sami, szeptał pani Sanseverina rzeczy, które, powiedziane trzy dni wprzódy, byłyby zmieniły jej opinię o nim. Ale rozpacz spowodowana niebezpieczeństwem Fabrycego ustąpiła zgrozie przysięgi, którą jej wydarto.

Pani Sanseverina była przerażona tym, co uczyniła. Jeżeli nie czuła jeszcze całej okropnej goryczy wyrzeczonych słów, to dlatego, że uwagę jej pochłaniała myśl, czy generał Fontana zdążył na czas do cytadeli.

Aby się uwolnić od nieprzytomnych oświadczyn tego dziecka i odmienić nieco bieg rozmowy, pochwaliła słynny obraz Parmezana w głównym ołtarzu kaplicy.

— Bądź tak dobra i zgódź się, abym ci go przysłał.

— Przyjmuję — odparła — ale pozwól, książę, abym pobiegła naprzeciw Fabrycego.

Wpółprzytomna powiedziała woźnicy, aby wypuścił konie galopem. Na moście zwodzonym spotkała Fontanę i Fabrycego, który wychodził pieszo.