Fabrycy odgadywał jedynie w części smutki Klelii; wiedziała, że jej ojcu, który popadł w zupełną niełaskę, nie wolno wrócić do Parmy i pojawić się na dworze (rzecz, bez której życie było dlań niemożliwe) aż w dniu jej ślubu z margrabią Crescenzi; napisała do ojca, że pragnie tego małżeństwa. Generał przebywał wówczas w Turynie, chory ze zgryzoty. W istocie rzeczy powzięcie tej wielkiej decyzji posunęło ją o jakieś dziesięć lat.

Klelia wiedziała, że Fabrycy ma okienko naprzeciw pałacu Cantarini; ale miała nieszczęście spojrzeć na niego tylko raz; z chwilą gdy spostrzegała głowę lub postać przypominające nieco Fabrycego, zamykała natychmiast oczy. Głęboka jej pobożność i ufność w pomoc Madonny stały się odtąd jedyną jej ucieczką. Mimo że bolała nad tym, nie szanowała ojca; charakter przyszłego męża wydawał się jej doskonale płaski, a sposób odczuwania taki jak u wszystkich dworaków. Wreszcie, ubóstwiała człowieka, którego nie miała nigdy ujrzeć, a który jednakże miał do niej prawa. Wszystko to zdawało się jej szczytem nieszczęścia, i musimy przyznać, że miała słuszność. Powinna by po ślubie przenieść się o dwieście mil od Parmy.

Fabrycy znał niezwykłą skromność Klelii; wiedział, jak bardzo by ją uraziło wszelkie zuchwalstwo, zdolne, gdyby je odkryto, ściągnąć rozgłos. Mimo to, doprowadzony do ostateczności swoim smutkiem oraz wciąż umykającymi się spojrzeniami Klelii, odważył się przekupić dwóch służących jej ciotki. Jednego wieczora, o zmierzchu, Fabrycy przebrany za wieśniaka pojawił się u bram pałacu, gdzie go czekał przekupiony lokaj; oznajmiono go jako przybysza z Turynu, mającego dla Klelii listy od jej ojca. Służący poszedł z tym zleceniem, wprowadziwszy Fabrycego do olbrzymiej sieni na pierwszym piętrze. W tym miejscu Fabrycy przebył najbardziej może wzruszający kwadrans swego życia. Gdyby go Klelia odtrąciła, nie byłoby już dlań spokoju. „Aby położyć kres skrupułom, jakie mi narzuca nowa godność, uwolnię Kościół od złego kapłana i pod przybranym mianem schronię się w jakiejś pustelni.” Wreszcie służący oznajmił, że panna Klelia życzy sobie go przyjąć. Odwaga opuściła zupełnie naszego bohatera; omal nie upadł ze strachu, wchodząc na drugie piętro.

Klelia siedziała przy stoliku, na którym płonęła jedna świeca. Skoro tylko poznała Fabrycego pod przebraniem, pierzchła i skryła się w kącie salonu.

— Oto jak pan dba o moje zbawienie! — krzyknęła, zasłaniając sobie twarz rękami. — Wiesz przecie, iż w chwili gdy ojciec omal nie zginął otruty, uczyniłam ślub, że nigdy cię nie ujrzę. Chybiłam temu ślubowi jedynie w owym dniu, najnieszczęśliwszym w mym życiu, kiedym uznała w sumieniu, żem powinna cię ratować od śmierci. To już wiele, że przez wykrętny i z pewnością zbrodniczy wykład mej przysięgi godzę się wysłuchać cię.

To zdanie tak zdumiało Fabrycego, że trzeba było kilku sekund, aby się nim ucieszyć. Spodziewał się najżywszego gniewu, ucieczki Klelii; wreszcie odzyskał przytomność umysłu i zgasił jedyną świecę. Mimo iż zdawało mu się, że dobrze zrozumiał rozkaz Klelii, drżał cały, posuwając się w głąb salonu, gdzie ona schroniła się za kanapę; nie wiedział, czy jej nie obrazi pocałunkiem w rękę; ale ona, drżąca z miłości, rzuciła się w jego ramiona.

— Drogi Fabrycy — rzekła — jakżeś ty długo nie przychodził! Mogę z tobą mówić tylko chwilę, bo to z pewnością wielki grzech; kiedy przyrzekłam nie widzieć cię nigdy, z pewnością rozumiałam, że nie będę i mówiła z tobą. Ale jak mogłeś tak po barbarzyńsku prześladować mego ojca za jego chęć odwetu? Bo przecież to jego najpierw omal nie otruto dla ułatwienia twej ucieczki. Czy nie powinieneś zrobić coś dla mnie, która tak naraziłam moją dobrą sławę, aby cię ocalić? Zresztą jesteś związany przez swoje święcenia; nie mógłbyś mnie już zaślubić, choćbym nawet zdołała oddalić wstrętnego margrabiego. I jak śmiałeś w dzień procesji próbować widzieć mnie w biały dzień, gwałcąc w tak krzyczący sposób świętą obietnicę, jaką dałam Madonnie?

Fabrycy tulił ją w ramionach, oszalały ze zdumienia i ze szczęścia.

Rozmowa, gdzie było takie mnóstwo rzeczy do powiedzenia, nie mogła skończyć się tak rychło. Fabrycy opowiedział Klelii prawdę o wygnaniu jej ojca; pani Sanseverina nie była w to wmieszana w najmniejszym stopniu, dla tej prostej przyczyny, że ani na chwilę nie uważała generała Conti za autora pomysłu otrucia; zawsze wierzyła, że to był koncept stronnictwa Raversi, które chciało się pozbyć hrabiego Mosca. To uszczęśliwiło Klelię; była w rozpaczy, że musi nienawidzić kogoś bliskiego Fabrycemu. Obecnie nie była już zazdrosna o księżnę.

Szczęście zrodzone z tego wieczora trwało tylko kilka dni.