Po koncercie ujrzała, że podchodzi do stolika przeznaczonego na partię książęcą, o kilka kroków od tronu; odetchnęła, kiedy się oddalił.

Ale margrabiemu Crescenzi bardzo było nie w smak, iż widzi żonę tak daleko od tronu; cały wieczór tłumaczył pewnej damie, siedzącej o trzy fotele od księżnej-matki i której mąż miał wobec niego zobowiązania pieniężne, że dobrze by uczyniła, zamieniając się na miejsca z margrabiną. Kiedy biedna kobieta, jak można pojąć, opierała się, odszukał męża-dłużnika, który dał do zrozumienia swojej połowicy smutną prawdę; wreszcie margrabia dokonał szczęśliwej transakcji i poszedł po żonę.

— Ty będziesz zawsze za skromna — rzekł. — Czemu tak spuszczasz oczy? Wziąłby cię ktoś za jakąś mieszczkę, zdumioną, że się tu znalazła, i budzącą wzajem zdumienie we wszystkich. Ta postrzelona Sanseverina je tu wprowadza. I mówi się o zwalczaniu jakobinizmu! Pomyśl, że twój mąż zajmuje pierwsze miejsce na dworze księżnej-matki; a gdyby nawet republikanie zdołali znieść dwór lub zgoła szlachtę, i tak twój mąż pozostałby najbogatszym człowiekiem w państwie. Nie dosyć sobie to uświadamiasz.

Fotel, w którym margrabia z rozkoszą usadowił żonę, był zaledwie o sześć kroków od partii książęcej; widziała Fabrycego jedynie z profilu, ale wydał się jej tak wychudzony, wyglądał na człowieka tak oderwanego od wszystkich spraw świata, on, który dawniej nie przepuścił żadnego wydarzenia, aby nie wtrącić słówka, iż doszła wreszcie do tego okropnego wniosku: Fabrycy zmienił się zupełnie, zapomniał o niej; jeżeli tak schudł, to wskutek surowych postów nałożonych przez pobożność. Rozmowy sąsiadów umocniły Klelię w tej smutnej myśli; imię koadiutora było na wszystkich ustach; dociekano przyczyn niezwykłej łaski, na którą patrzano; on, tak młody, w partii książęcej! Podziwiano obojętną i wyniosłą minę, z jaką rzucał karty, nawet kiedy zbierał Jego Wysokości.

— Ależ to nie do wiary! — wykrzykiwali starzy dworacy — fawor ciotki zawrócił mu zupełnie w głowie... ale dzięki niebu, to nie potrwa; nasz pan nie lubi, aby z nim przybierać te górne miny. — Pani Sanseverina zbliżyła się do księcia; dworacy, którzy trzymali się w pełnym szacunku oddaleniu od stołu karcianego, tak iż z rozmowy księcia mogli słyszeć jedynie oderwane słowa, zauważyli, że Fabrycy mocno się czerwieni. — To ciotka — powiadali — nauczyła go tej pańskiej obojętności. — Fabrycy usłyszał właśnie głos Klelii: odpowiadała coś księżnej-matce, która obchodząc sale zaszczyciła rozmową żonę swego szambelana. Nadeszła chwila, gdy Fabrycy musiał się przesiąść, wówczas znalazł się wprost Klelii i kilkakrotnie poddał się szczęściu przyglądania się jej. Biedna margrabina, czując, że on na nią patrzy, traciła wszelkie panowanie nad sobą. Kilka razy zapomniała o swym ślubie: w gorącym pragnieniu przeniknięcia duszy Fabrycego wlepiała weń oczy.

Skoro książę ukończył grę, damy wstały, aby przejść do jadalni. Było nieco zamieszania. Fabrycy znalazł się obok Klelii; trzymał się dzielnie, kiedy nagle poznał delikatny zapach perfum, którymi skrapiała suknie; wrażenie to obaliło wszystkie jego intencje. Zbliżył się i wymówił półgłosem i jakby do siebie dwa wiersze z owego sonetu Petrarki, który jej przesłał na jedwabnej chustce, znad Lago Maggiore: „Jakież było moje szczęście wówczas, gdy pospólstwo uważało mnie za nieszczęśliwego, a teraz jakże mój los się odmienił!”

„Nie, nie zapomniał o mnie — powiedziała sobie Klelia z uniesieniem. — Ta piękna dusza nie umie być niestała! »Nie, nigdy nie ujrzycie mej odmiany wy, piękne oczy, któreście mnie nauczyły kochać.«” Klelia ośmieliła się powtarzać w myśli te wiersze Petrarki.

Księżna-matka oddaliła się natychmiast po wieczerzy; książę udał się za nią do jej pokojów i nie zjawił się już na sali balowej. Z chwilą gdy się rozeszła ta wiadomość, wszyscy rzucili się ku wyjściu; w przedpokojach zamęt był zupełny. Klelia znalazła się tuż koło Fabrycego; głębokie cierpienie, malujące się w jego rysach, obudziło jej litość.

— Zapomnijmy o przeszłości — rzekła — i niech pan zachowa tę pamiątkę przyjaźni. — Mówiąc te słowa, położyła wachlarz w ten sposób, aby Fabrycy mógł go wziąć.

Świat zmienił się w oczach Fabrycego; w jednej chwili stał się innym człowiekiem; następnego dnia oświadczył, że odludzie jego skończone, i zajął z powrotem wspaniały apartament w pałacu Sanseverina. Arcybiskup był przekonany i mówił, że to łaska, jaką mu wyświadczył książę, dopuszczając go do swej partii, zawróciła w głowie świeżo upieczonemu świętemu; pani Sanseverina odgadła, że się pojednał z Klelią. Ta myśl, połączona z torturą, jaką jej zadawała pamięć nieszczęsnej obietnicy, skłoniła ją do usunięcia się na jakiś czas ze dworu. Zdumiewano się jej szaleństwu. Jak to! Oddalać się ze dworu w chwili, gdy łaska, jaką się cieszyła, zdawała się bez granic! Hrabia, szczęśliwy bez chmurki, odkąd widział, że nie istnieje nic między Fabrycym a panią Sanseverina, powiadał do przyjaciółki: