Można się domyślać, że takich listów nie powierzało się poczcie. Hrabina Mosca odpowiadała z Neapolu:
Mamy co czwartek koncert, a konwersację co niedzielę; nie zmieściłoby się szpilki w naszym salonie. Hrabia jest uszczęśliwiony ze swoich wykopalisk, poświęca na to tysiąc franków miesięcznie; sprowadził właśnie z Abruzzów robotników, którzy go kosztują tylko dwadzieścia trzy soldy dziennie. Mógłbyś nas odwiedzić. Oto już więcej niż dwadzieścia razy, niewdzięczniku mój, ponawiam to zaproszenie.
Fabrycemu ani to było w głowie: prosty list, który pisywał co dzień do hrabiego lub hrabiny, wydawał mu się wysiłkiem nie do zniesienia. Darujemy mu, skoro pomyślimy, że rok minął, a on nie mógł ani słowa przemówić do Klelii. Wszelkie próby porozumienia odtrącała ze zgrozą. Milczenie, jakie Fabrycy pod wpływem swej melancholii zachowywał wszędzie, wyjąwszy swoich funkcji i wizyt na dworze, połączone z nieskazitelnością jego obyczajów, zyskało mu taką cześć, że w końcu namyślił się posłuchać rad ciotki.
Książę ma dla ciebie tyle czci — pisała — że rychło trzeba spodziewać się niełaski; przy pierwszej sposobności zlekceważy cię, a w ślad za tym pójdzie bezwzględna wzgarda dworaków. Ci mali despoci, choćby i najporządniejsi ludzie, są zmienni jak woda. Zawsze dla jednej przyczyny: nuda. Siłę przeciw kaprysowi księcia możesz znaleźć tylko w kazalnicy. Tak pięknie improwizujesz wiersze! Staraj się mówić pół godziny na temat religii; w początkach będziesz gadał herezje, ale najmij sobie uczonego dyskretnego teologa, który będzie obecny na kazaniu i zwróci ci uwagę na błędy, a poprawisz je nazajutrz.
Męczarnia zdławionej miłości sprawia, iż każda rzecz wymagająca uwagi i działania staje się okrutnym przymusem. Ale Fabrycy powiadał sobie, że jego wpływ na lud, o ile go zdobędzie, może stać się kiedyś pożyteczny dla ciotki i hrabiego, dla którego szacunek jego wzrastał co dzień, w miarę jak życie uczyło go poznawać niegodziwość ludzką. Zdecydował się wstąpić na ambonę; powodzenie, do którego przyczyniły się jego chudość i wytarta sutanna, było bezprzykładne. W kazaniach jego był powiew głębokiego smutku, który — połączony z jego urodą i z legendą o faworach na dworze — porwał serca kobiet. Wymyśliły, że był jednym z najdzielniejszych żołnierzy Napoleona. Niebawem bajkę tę zmieniono w niewzruszony fakt. Zatrzymywano miejsca w kościele, gdzie miał kazać, biedni sadowili się tam, przez spekulację, od piątej rano.
Powodzenie było takie, iż Fabrycy powziął wreszcie myśl, która przeobraziła do cna jego duszę: mianowicie, iż, bodaj przez prostą ciekawość, margrabina Crescenzi może kiedy przyjść na jego kazanie. I naraz oczarowana publiczność spostrzegła, że talent jego jakby się podwoił; w chwilach wzruszenia pozwalał sobie na obrazy, których śmiałość przyprawiłaby o drżenie najwytrawniejszych mówców; niekiedy zapominając samego siebie, poddawał się natchnieniu i całe audytorium zalewało się łzami. Ale na próżno jego oko aggrottato90 szukało wśród tylu twarzy tej, której obecność byłaby dlań czymś tak wielkim!
„Ale jeśli kiedy spotka mnie to szczęście — powiedział sobie — albo zemdleję, albo słów mi zupełnie zbraknie.” Aby się zabezpieczyć od tej możliwości, ułożył namiętną i tkliwą modlitewkę, którą kładł zawsze w kazalnicy na taborecie; miał zamiar odczytać ją, gdyby kiedy obecność margrabiny odjęła mu mowę.
Dowiedział się raz przez służbę margrabiny, wśród której miał ludzi na swym żołdzie, iż wydała rozkazy, aby przygotowano na następny dzień lożę casa Crescenzi w wielkim teatrze. Mijał już rok, jak margrabina nie była na żadnym widowisku: tenor, który budził w tej chwili zachwyty i wypełniał salę, skłonił ją do uczynienia wyłomu w swoich obyczajach. Pierwszym odruchem Fabrycego była bezmierna radość. „Wreszcie będę mógł ją widzieć cały wieczór! Powiadają, że jest bardzo blada.” Starał się wyobrazić sobie, jak może wyglądać ta urocza głowa, umęczona walkami duszy.
Przyjaciel jego, Lodovico, stroskany wielce tym, co nazywał szaleństwem swego pana, dostał, ale z wielkim trudem, lożę na czwartym piętrze, prawie na wprost margrabiny. Jedno nasunęło się Fabrycemu: „Mam nadzieję obudzić w niej chęć przybycia na kazanie i wybiorę kościół bardzo mały, aby móc ją dobrze widzieć”. Fabrycy kazał zazwyczaj o godzinie trzeciej. Rano w dniu, w którym margrabina miała iść do teatru, oznajmił, że ważne obowiązki zatrzymają go w konsystorzu cały dzień, będzie tedy wyjątkowo kazał o wpół do dziewiątej w kościółku wizytek, tuż naprzeciw pałacu Crescenzi. Lodovico wręczył siostrom wizytkom mnogość świec z prośbą o jarzące oświecenie kościoła. Posłano całą kompanię grenadierów i pomieszczono szyldwacha z nastawionym bagnetem przed każdą kaplicą, aby zapobiec kradzieżom.
Kazanie zapowiedziano dopiero na wpół do dziewiątej, a o drugiej kościół był pełny; można sobie wyobrazić zgiełk na samotnej uliczce, nad którą górowała szlachetna architektura pałacu Crescenzi. Fabrycy polecił oznajmić, iż na cześć Najświętszej Panny Litosnej będzie kazał o litości, jaką szlachetna dusza winna mieć dla nieszczęśliwego, nawet gdyby zawinił.