Klelia nie wyjaśniła jeszcze wszystkiego, ale nie mogła wydobyć głosu; przeszła się kilka razy po galerii, nie dodając słowa. Gonzo powiadał sobie: „To zemsta tak ją trawi. Jak można mieć tę bezczelność, aby umykać z więzienia, zwłaszcza kiedy się ma zaszczyt być pod strażą bohatera takiego jak generał Fabio Conti!”

— Zresztą trzeba się śpieszyć — dodał z delikatną ironią — jest chory na piersi. Słyszałem, jak doktor Rambo mówił, że nie przetrzyma ani roku; Bóg karze go za to, że złamał Jego prawo, uciekając zdradziecko z cytadeli.

Margrabina siadła na kanapie i dała znak Gonzowi, by uczynił to samo. Po chwili wręczyła mu sakiewkę, w której przygotowała parę cekinów.

— Niech mi pan każe zatrzymać cztery miejsca.

— Czy będzie wolno biednemu Gonzo wśliznąć się za Waszą Ekscelencją?

— Oczywiście, niech pan każe zatrzymać pięć miejsc... Nie zależy mi bynajmniej — dodała — aby być blisko kazalnicy, ale chciałabym widzieć pannę Marini, powiadają, że taka ładna.

Margrabina była półżywa przez te trzy dni, które ją dzieliły od słynnego poniedziałku, dnia kazania. Gonzo, dla którego to był olbrzymi honor pokazać się publicznie w orszaku tak wielkiej damy, wystroił się w swój francuski frak i przypasał szablę; nie dość na tym, kazał, korzystając z sąsiedztwa pałacu, zanieść do kościoła wspaniały złocony fotel dla margrabiny, co się wydało mieszczanom szczytem nieprzyzwoitości. Można sobie wyobrazić, co się działo z biedną margrabiną, kiedy ujrzała ten fotel, i to na wprost ambony. Klelia była tak zmieszana, wtulona ze spuszczonymi oczami w kącik olbrzymiego fotela, że nie miała nawet odwagi spojrzeć na małą Marini, mimo że Gonzo pokazywał ją palcem, z arogancją, której Klelia nie umiała powściągnąć. Wszystko, co nie było szlachtą, było bezwarunkowo niczym w oczach dworaka.

Fabrycy ukazał się na kazalnicy; był tak chudy, tak blady, tak strawiony, że oczy Klelii natychmiast wypełniły się łzami. Rzekł kilka słów, po czym zatrzymał się, jak gdyby nagle zabrakło mu głosu; próżno silił się zaczynać kilka zdań, odwrócił się i wziął karteczkę.

— Moi bracia — rzekł — dusza nieszczęśliwa i bardzo godna waszej litości prosi was moim głosem, abyście się modlili za koniec jej utrapień, które ustaną aż z życiem.

Fabrycy odczytał dalszy ciąg kartki bardzo wolno, ale akcent był taki, że nim modlitwa doszła do połowy, wszyscy płakali, nawet Gonzo. „Przynajmniej nikt mnie nie zauważy” — powiadała sobie margrabina, zalewając się łzami.