— Co to takiego? — rzekł do markietanki.
— Ano nic; dali nam radę, chłopcze; kawaleria pruska bierze nas na szable, tylko tyle. Ten tuman generał myślał zrazu, że to nasi. No, prędko, pomóż mi naprawić uprząż, porwała się.
Parę strzałów karabinowych rozległo się o kilka kroków. Bohater nasz, świeży i wypoczęty, rzekł sobie: „Ależ, w gruncie, ja się przez cały dzień nie biłem: eskortowałem tylko generała.” — Muszę się iść bić — rzekł do markietanki.
— Nie bój się, będziesz się bił więcej, niż będziesz miał ochotę! Zgubieni jesteśmy... Aubry, mój chłopcze — krzyknęła do przechodzącego kaprala, zaglądaj no od czasu do czasu na mój wózek!
— Pan idzie się bić? — spytał Fabrycy kaprala.
— Nie, wkładam lakierki i idę na bal!
— Idę z panem!
— Polecam ci małego huzara! — krzyknęła markietanka — ten cywil ma ducha.
Kapral Aubry szedł, nie mówiąc słowa. Dziesiątek żołnierzy dogonił go pędem: zaprowadził ich za gruby dąb obrosły jeżyną. Następnie rozstawił ich na skraju lasu, wciąż nie mówiąc ani słowa, w szerokiej tyralierskiej linii: każdy był co najmniej o dziesięć kroków od sąsiada.
— Słuchajcie no — rzekł kapral i były to pierwsze jego słowa — a nie strzelać mi przed komendą; pamiętajcie, że macie już tylko po trzy naboje.