— Niepodobna się poruszać! — krzyknął kapral.
Wszystkie ulice były zapchane piechotą, jazdą, a zwłaszcza jaszczykami i furgonami. Kapral próbował kolejno wepchać się w każdą ulicę; po dwudziestu krokach trzeba się było zatrzymać. Wszyscy klęli i wściekali się.
— Znowu jakiś zdrajca dowodzi! — wykrzyknął kapral. — Jeżeli nieprzyjaciel wpadnie na ten dowcip, aby otoczyć wioskę, wyłowią nas jak psów. Hej tam, chłopcy, za mną!
Fabrycy obejrzał się; było już przy kapralu tylko sześciu żołnierzy. Weszli jakąś otwartą bramą w obszerny dziedziniec; z dziedzińca przeszli do stajni, z której dostali się do ogrodu. Zgubili się w nim na chwilę. Wreszcie, przeszedłszy żywopłot, znaleźli się w zbożu. W niespełna pół godziny, wiedzeni krzykami i hałasem, dobili do gościńca. Rowy pełne były porzuconych fuzji; Fabrycy wybrał sobie jedną. Ale droga, mimo że bardzo szeroka, tak była zapchana uciekającymi i wozami, że w ciągu pół godziny kapral i Fabrycy posunęli się zaledwie o pięćset kroków. Mówiono, że ta droga wiedzie do Charleroi. Wioskowy zegar wybił jedenastą.
— Walmy przez pole! — wykrzyknął kapral.
Oddziałek składał się już tylko z trzech żołnierzy, Fabrycego i kaprala.
Kiedy byli o ćwierć mili od gościńca, jeden z żołnierzy rzekł:
— Ja już nie mogę.
— Ani ja — rzekł drugi.
— Ładna nowina! Wszyscyśmy w jednej skórze — rzekł kapral — ale słuchajcie tylko mnie, a dobrze wyjdziecie. — Ujrzał kilka drzew wzdłuż małego rowu wśród olbrzymiego łanu zboża. — Pod te drzewa — rzekł do swoich ludzi — połóżcie się tu — dodał, skoro się tam znaleźli — tylko bez hałasu. Ale nim uśniemy, kto ma chleb?