W czasie tych rokowań, które przeciągnęły się nad miarę, hrabina wdała się w rozmowę z młodą dziewczyną, stojącą w kurzu obok powozu — uderzyła ją jej uroda.
— Głowa panią rozboli od tego słońca. Ten dzielny żołnierz — rzekła wskazując na żandarma przy koniach — pozwoli pani wsiąść.
Fabrycy, który kręcił się koło kolaski, zbliżał się, aby pomóc młodej panience. Ta już stawała na stopniu, podtrzymywana przez Fabrycego, kiedy imponujący jegomość, stojący o sześć kroków za powozem, wykrzyknął głosem silącym się na wyraz godności:
— Zostań na gościńcu, nie siadaj do cudzego powozu!
Fabrycy nie słyszał tego rozkazu; panna, zamiast siadać do kolaski, chciała wysiąść; podparta ramieniem Fabrycego wpadła w jego objęcia. On się uśmiechnął, ona zaczerwieniła się mocno. Kiedy się oswobodziła z jego rąk, stali jakiś czas, przyglądając się sobie.
„To byłaby urocza towarzyszka więzienia — rzekł sobie Fabrycy — co za szlachetne i myślące czoło! Ona umiałaby kochać!”
Wachmistrz zbliżył się z powagą w obliczu.
— Która z tych pań nazywa się Klelia Conti?
— Ja — odparła panna.
— A ja — wykrzyknął stary jegomość — jestem generał Fabio Conti, szambelan Jego Wysokości najdostojniejszego księcia Parmy, i uważam za bardzo niewłaściwe, aby człowieka mego stanowiska ścigano jak złodzieja.