Przeszedł się po pokoju, ledwie trzymając się na nogach, ale z ręką zaciśniętą konwulsyjnie na rękojeści sztyletu. Żadne z dwojga nie zwracało uwagi na jego zachowanie. Rzekł, iż ma wydać rozkaz lokajowi; nie słyszeli go nawet; księżna śmiała się z rozczuleniem z jakiegoś powiedzenia Fabrycego. Hrabia zbliżył się do lampy w salonie i spojrzał, czy sztylet jest ostry. „Trzeba być uprzejmym i wytwornym wobec tego młodzieńca” — powiadał sobie wracając do nich.
Obłęd go się chwytał; zdawało mu się, że nachylają się do siebie, wymieniają pocałunki, tu, w jego oczach. „To niemożliwe, w mojej obecności — powiadał sobie — rozum mi się miesza. Trzeba zachować spokój; jeśli będę niegrzeczny, księżna zdolna jest, jedynie przez urażoną ambicję, pojechać za nim do Belgirate i tam lub w czasie podróży przypadek może wywołać słówko, które określi to, co czują wzajem do siebie; w jednej chwili wszystko się spełni.
Samotność uczyni to słowo rozstrzygającym; zresztą skoro raz księżna odejdzie, co począć? A jeżeli, zwyciężywszy mnóstwo przeszkód ze strony księcia, pokażę swoją starą i stroskaną twarz w Belgirate, jakąż rolę będę grał wobec tej pary oszalałej szczęściem?
Tutaj nawet, czymże jestem innym niż terzo incomodo (ten piękny włoski język stworzony jest, zaiste, dla miłości). Terzo incomodo (trzeci, który zawadza)! Cóż za ból dla rozumnego człowieka — czuć, że gra tę ohydną rolę, a nie móc tego przemóc na sobie, aby wstać i odejść!”
Hrabia bliski był wybuchu lub przynajmniej zdradzenia swej boleści, tak rysy były jego zmienione. Kiedy krążąc po salonie znalazł się blisko drzwi, uciekł, wołając życzliwie i serdecznie: — Dobranoc, dzieci!
„Trzeba unikać krwi” — rzeki sobie.
Nazajutrz po tym okropnym wieczorze, po nocy spędzonej to na rozważaniu zalet Fabrycego, to na wybuchach najpiekielniejszej zazdrości, hrabia wpadł na myśl, aby zawołać młodego lokaja; człowiek ten zalecał się do dziewczyny zwanej Chekina, garderobianej i ulubienicy księżnej. Szczęśliwym trafem ów młody służący był stateczny i oszczędny i pragnął miejsca odźwiernego przy jednej z publicznych budowli w Parmie. Hrabia kazał mu, aby natychmiast sprowadził Chekinę, swą kochankę. Usłuchał; w godzinę później hrabia zjawił się niespodzianie w pokoju, gdzie dziewczyna znajdowała się ze swym przyszłym. Hrabia przeraził ich oboje mnogością złota, które im dał, po czym ozwał się do drżącej Chekiny, patrząc jej prosto w oczy:
— Czy księżna romansuje z monsignorem?
— Nie — rzekła po chwili dziewczyna, zbierając się na odwagę — nie, jeszcze nie, ale on całuje często ręce pani, śmiejąc się, co prawda, ale bardzo czule.
Po tym świadectwie nastąpiło jeszcze sto odpowiedzi na tyleż wściekłych pytań hrabiego; jego niespokojna zazdrość kazała ciężko zapracować tym biedakom na pieniądze, które im rzucił; w końcu uwierzył w to, co mu mówili; doznał niejakiej ulgi.