— Idź, idź, uciekaj! — wykrzyknął ksiądz żywo, usłyszawszy w zegarku lekki szczęk, zapowiadający, że dziesiąta ma wybić niebawem; nie pozwolił nawet, aby go Fabrycy uściskał ostatni raz. — Śpiesz się! śpiesz się! przynajmniej minutę schodzi się ze schodów; uważaj, żebyś nie upadł, to byłaby okropna wróżba.

Fabrycy rzucił się ku schodom; znalazłszy się na ulicy, zaczął biec. Właśnie był pod zamkiem ojca, kiedy zegar wybił dziesiątą, każdy dźwięk rozległ się w piersi niby uderzenie. Zatrzymał się, aby się zastanowić lub raczej aby się poddać gwałtownym uczuciom, jakie budziła w nim kontemplacja tego majestatycznego budynku, któremu w wilię przyglądał się tak obojętnie. Wśród tych dumań obudziły go męskie kroki; podniósł wzrok i ujrzał czterech żandarmów. Miał parę znakomitych pistoletów, które podsypał był świeżo; szczęk kurka zwrócił uwagę żandarma, który już miał go aresztować. Fabrycy zrozumiał niebezpieczeństwo i gotował się strzelić pierwszy; miał prawo, był to bowiem jedyny sposób stawienia oporu czterem dobrze uzbrojonym ludziom. Szczęściem żandarmi, kórzy obchodzili tego wieczora karczmy, aby wyganiać z nich chłopów, nie okazali się nieczuli na grzeczności, jakich doznali w tych miłych przybytkach; nie dość szybko namyślili się pełnić swój obowiązek. Fabrycy puścił się pędem; żandarmi uczynili też kilka kroków wołając: „Łapaj! Trzymaj!” — po czym zaległa cisza. Sto kroków dalej Fabrycy zatrzymał się, aby nabrać oddechu. „Szczęk moich pistoletów omal mnie nie zgubił; księżna — o ile byłoby mi dane ujrzeć jeszcze kiedy jej piękne oczy — miałaby prawo powiedzieć mi, że dusza moja znajduje przyjemność w oglądaniu tego, co się zdarzy za dziesięć lat, a zapomina patrzyć na to, co się dzieje tuż obok.”

Fabrycy zadrżał, myśląc o niebezpieczeństwie, którego uniknął; podwoił kroku, ale niebawem nie mógł się wstrzymać, aby nie biegnąć, co nie było zbyt ostrożne: zwrócił na siebie uwagę kilku wieśniaków, którzy wracali do domów. Dopiero w górach, więcej niż o milę od Grianta, zdobył się na to, aby się zatrzymać; a nawet zatrzymawszy się, oblał się zimnym potem na myśl o Szpilbergu.

— Zażyłem ładnego strachu! — powiadał sobie. Słysząc dźwięk tego słowa omal że uczuł wstyd. — Ale czyż ciotka nie powiedziała mi, iż rzeczą, której najbardziej potrzebuję, jest nauczyć się przebaczać samemu sobie? Porównywam się zawsze z wzorem doskonałym, który nie może istnieć. Dobrze więc, przebaczam sobie swój strach, bo z drugiej strony, byłem stanowczo gotów bronić swej wolności i z pewnością nie zostaliby na nogach wszyscy czterej, gdyby przyszło odprowadzić mnie do więzienia. Ale — dodał — zachowuję się nie po wojskowemu; zamiast wykonać szybki odwrót, spełniwszy swój cel i może zbudziwszy podejrzenie przeciwnika, zabawiam się fantazjami niedorzeczniejszymi może niż wszystkie przepowiednie zacnego proboszcza.”

W istocie, zamiast wykonać odwrót najkrótszą drogą i dobić do Lago Maggiore, gdzie czekała go łódka, czynił ogromne koło, aby zobaczyć swoje drzewo. Czytelnik przypomina sobie może miłość, jaką Fabrycy żywił do kasztana, zasadzonego przez jego matkę przed dwudziestu trzema laty. „Byłoby godne mego brata — powiedział sobie — gdyby kazał ściąć to drzewo; ale tego rodzaju ludzie nie czują rzeczy subtelnych; pewno ani nie pomyślał o tym. Zresztą, to nie byłaby zła wróżba” — dodał z otuchą.

W dwie godziny później ujrzał z przerażeniem, że ktoś (psotnicy czy burza?) złamał gałąź młodego drzewa, tak że zwisała uschnięta; Fabrycy obciął ją z szacunkiem i starannie obrobił złamane miejsce, tak aby woda nie mogła sączyć się do pnia. Następnie, mimo że czas był mu drogi, miało bowiem dnieć lada chwila, spędził dobrą godzinę na okopaniu swego ukochanego drzewa. Dopełniwszy tych szaleństw puścił się żywo ku Lago Maggiore. Ogółem nie był smutny, drzewo chowało się ładnie, tęższe niż kiedykolwiek: w pięć lat urosło go niemal drugie tyle. Gałąź była jedynie wypadkiem bez znaczenia; raz odcięta, nie szkodziła już drzewu, które nawet stało się smuklejsze, ile że jego gałęzie zaczynały się wyżej.

Nie zrobił ani mili, kiedy olśniewająca smuga światła oblała na wschodzie wierzchołki Resegon di Lek, góry sławnej w okolicy. Droga zaludniła się wieśniakami; ale zamiast hodować wojownicze myśli, Fabrycy roztkliwiał się wspaniałym i wzruszającym widokiem lasów w okolicy Como. To może najładniejsze lasy w świecie — rozumie się, nie w tym znaczeniu, że dają najwięcej talarków, jakby powiedziano w Szwajcarii, ale że najwięcej mówią do duszy. Słuchać tej mowy w położeniu, w którym się znajdował Fabrycy, wystawiony na pościg panów żandarmów lombardzko-weneckiej prowincji, to było istne dzieciństwo. „Jestem o pół mili od Francji — rzekł wreszcie — spotkam celników i żandarmów odprawiających ranny ront: to wykwintne ubranie wyda się im podejrzane, spytają o paszport; otóż ten paszport zawiera najwyraźniej nazwisko przeznaczone do więzienia; i oto znajdę się w miłej konieczności popełnienia morderstwa. Jeżeli, jak zazwyczaj, żandarmi będą szli po dwóch, nie mogę po prostu czekać z daniem ognia, aż jeden z nich zechce mnie brać za kołnierz: niech padając zatrzyma mnie bodaj na chwilę, już jestem w Szpilbergu.” Fabrycy, przejęty grozą, zwłaszcza tym, że będzie musiał strzelać pierwszy, być może do dawnego żołnierza swego wuja, hrabiego Pietranera, ukrył się w spróchniałym pniu olbrzymiego kasztana; podsypał pistolety, kiedy usłyszał człowieka, który szedł przez las, śpiewając bardzo ładnie rozkoszną melodię Marcadantego, modną wówczas w Lombardii.

„Dobra wróżba” — rzekł Fabrycy. Melodia ta, której wysłuchał z nabożeństwem, rozbroiła podrażnienie, które zaczęło barwić jego myśl. Spojrzał uważnie na drogę w obie strony, nie ujrzał nikogo. „Śpiewak nadchodzi snadź boczną dróżką” — rzekł sobie. Prawie w tej samej chwili ujrzał lokaja w schludnej angielskiej liberii; siedział na szkapie swojego chowu, która wlokła się noga za nogą, a wiódł za uzdę rasowego konika, nieco chudego.

„Ha! gdybym rozumował jak Mosca! — rzekł sobie Fabrycy. — Powtarzał mi zawsze, że niebezpieczeństwo, w jakim znajduje się człowiek, jest miarą jego praw nad sąsiadem. W myśl tej zasady palnąłbym w łeb temu pachołkowi i siadłszy na jego anglika, kpiłbym sobie z żandarmów. Natychmiast po powrocie do Parmy posłałbym pieniądze temu człowiekowi lub jego wdowie... ale to byłoby okropne!”

Rozdział dziesiąty