Trzeba było widzieć oburzoną minę naszego bohatera pod badawczym; okiem urzędniczyny strojnego klejnotem z mosiądzu. „Gdybym go zabił — powiadał sobie Fabrycy — skazano by mnie na dwadzieścia lat galer albo na śmierć, co jest o wiele mniej okrutne niż Szpilberg ze stu dwudziestu funtami u każdej nogi i ośmioma uncjami chleba za całe pożywienie! I to trwa dwadzieścia lat: wyszedłbym stamtąd dopiero w czterdziestym czwartym roku.” W logice swej Fabrycy zapomniał, iż skoro spalił swój paszport, nic nie zdradzało urzędnikowi policji, że on jest buntownik Fabrycy del Dongo.

Jak widzimy, bohater nasz miał dostatecznego stracha; miałby go o wiele więcej jeszcze, gdyby znał myśli urzędnika policji. Człowiek ten był w przyjaźni z Gilettim, można ocenić jego zdumienie, kiedy ujrzał paszport przyjaciela w rękach innego. Pierwszym jego odruchem było zaaresztować tego osobnika, następnie pomyślał, że Giletti mógł łatwo sprzedać swój paszport temu paniczowi, który widocznie spłatał jakiego brzydkiego figla w Parmie. „Jeśli go zaaresztuję — myślał — Giletti będzie skompromitowany, dojdą łatwo, że sprzedał swój paszport; z drugiej strony, co powiedzą moi przełożeni, jeżeli sprawdzą, że ja, przyjaciel Gilettiego, zawizowałem jego paszport będący w posiadaniu innego? Urzędnik wstał ziewając i rzekł:

— Niech pan zaczeka — po czym przez nałóg policyjny dodał: — zachodzi pewna trudność.

Fabrycy rzekł sobie w duchu: „Zajdzie ta trudność, że ja drapnę.”

W istocie urzędnik opuścił biuro, zostawiając otwarte drzwi, a paszport wciąż leżał na sosnowym biurku. „Niebezpieczeństwo jest oczywiste — pomyślał Fabrycy — ściągnę swój paszport i przejdę z powrotem z wolna most; żandarmowi, gdyby mnie spytał, powiem, że zapomniałem dać zawizować paszport komisarzowi policji w granicznym miasteczku w Parmie. Fabrycy już miał paszport w ręku, kiedy, ku jego niewymownemu zdumieniu, usłyszał, jak urzędniczyna z mosiężną szpilką mówi:

— Daję słowo, już nie mogę, ten upał mnie zabija; pójdę napić się czego. Zajrzyj do biura, gdy wypalisz fajkę, jest tam paszport do zawizowania, jakiś obcy czeka.

Fabrycy, który skradał się ku drzwiom, spotkał się nos w nos z przystojnym, młodym człowiekiem, który rzekł, nucąc:

— Dalej, prędko, gdzie ten paszport, niech go uświetnię moim zakrętasem. Dokąd szanowny pan się udaje?

— Do Mantui, Wenecji i Ferrary.

— Niechże będzie Ferrara — odparł urzędnik, gwiżdżąc; wziął pieczęć, wycisnął wizę niebieskim atramentem, wpisał spiesznie słowa „Mantua, Wenecja i Ferrara” w wolne miejsca, po czym wziął kilkakrotnie rozmach, podpisał i nabrał ponownie atramentu na zakrętas, który wykonał powoli i z niezmierną starannością. Fabrycy śledził każde poruszenie jego pióra, urzędnik spojrzał na swój zakrętas z zadowoleniem, dodał kilka kresek, wreszcie oddał paszport Fabrycemu, mówiąc swobodnie: