— Jak to — mówiłem do Marion — nie ujrzę jej już?

— Jakże chcesz ją ujrzeć, skoro ją powiozą na cmentarz?

— A gdzie to jest cmentarz?

— Przy ulicy Morw, parafia Panny Marii.

Całą rozmowę z owej nocy słyszę jak dziś; ode mnie zależałoby tylko przepisać ją tutaj. Tu naprawdę zaczęło się moje życie duchowe; miałem jakieś półsiódma15 roku. Łatwo zresztą sprawdzić te daty w aktach.

Zasnąłem; nazajutrz, kiedym się obudził, Marion rzekła:

— Musisz iść uściskać ojca.

— Jak to, mamusia umarła? Ale jak to być może, żebym ja jej już nie ujrzał?

— Będziesz ty cicho, ojciec słyszy; o, leży tam, w łóżku babcinym.

Udałem się z niechęcią do tego łóżka, było tam ciemno, bo firanki były zasunięte. Miałem antypatię do ojca, przykrość mi sprawiało uściskać go.