Nie chcę opowiadać rzeczy, jak były: odkrywam niemal po raz pierwszy w 1836, jak były; ale z drugiej strony nie mogę opisywać tego, czym były dla mnie w r. 1800: czytelnik rzuciłby książkę.
Na co się zdecydować? Jak odmalować szczęście szaleńca?
Czy czytelnik był kiedy zakochany do szaleństwa? Czy miał kiedy szczęście spędzić noc z tą, którą najbardziej kochał w życiu?
Doprawdy, nie mogę ciągnąć dalej, temat przerasta opowiadającego.
Czuję, że jestem śmieszny lub raczej nieprawdopodobny. Ręka mi omdlewa, odkładam do jutra.
Może byłoby lepiej opuścić po prostu te pół roku?
Jak odmalować bezmierne szczęście, które spływało na mnie ze wszystkiego? Nie umiem.
Zostaje mi nakreślić streszczenie, aby nie przerywać całkowicie opowiadania.
Jestem jak malarz, który nie ma odwagi wymalować jakiejś partii swego obrazu. Aby nie zepsuć reszty, szkicuje tylko to, czego nie może namalować.
O czytelniku, daruj mej pamięci lub raczej przeskocz pięćdzieisiąt stronic!