Mały Tourte brał mego zacnego dziadka za powiernika swoich amorów z jedną z naszych krewnych, którą gardziliśmy jako biedną i zakałą naszego szlachectwa. On był żółty, wstrętny, chorowity. Zaczął uczyć pisać siostrę moją Paulinę i zdaje mi się, że to bydlę zakochało się w niej. Sprowadził do domu księdza Tourte, swego brata, który miał twarz zniszczoną „zimnymi humorami”. Dziadek powiedział raz, że traci apetyt, kiedy ma u siebie tego księdza na obiedzie; to uczucie rozwinęło się we mnie bez miary.

Pan Durand zawsze przychodził do nas raz czy dwa razy dziennie; zdaje mi się, że dwa razy, a to dlaczego. Doszedłem do owej epoki niewiarogodnego głupstwa, gdy każe się uczniowi składać wiersze łacińskie (aby spróbować, czy ma talent poetycki); od tego czasu datuję mój wstręt do wierszy. Nawet u Rasyna52, który mi się zdaje wielce wymowny, znajduję sporo „waty”.

Aby rozwinąć we mnie talent poetycki, pan Durand przyniósł gruby tom in l2°, którego czarna oprawa była straszliwie tłusta i brudna.

Brud byłby mi kazał znienawidzić Ariosta pana de Tressan, którego ubóstwiałem; osądźcie tedy uczucie, jakie budził we mnie czarny tom pana Durand, który sam był dość licho odziany. Tom ten zawierał poemat jakiegoś jezuity o musze, która utonęła w rynce mleka. Cały dowcip polegał na przeciwstawieniu białości mleka i czarności muchy; słodyczy, której szukała w mleku a goryczy śmierci.

Dyktowano mi te wiersze usuwając epitety, na przykład:

Musca (epit.) duxerit annos (epit.) multos (synonim).

Otwierałem Gradus ad Parnassum; badałem wszystkie epitety istniejące dla muchy: volucris, acris, nigra, i wybierałem, do miary moich heksametrów i pentametrów, na przykład nigra dla musca, felices dla annos.

Brud książki i płaskość pomysłu budziły we mnie taki wstręt, że regularnie co dzień, około drugiej, dziadek robił za mnie wiersze, niby to pomagając mi.

Pan Durand wracał około siódmej wieczór i kazał mi podziwiać różnicę między moimi wierszami a wierszami ojca jezuity.

Trzeba koniecznie współzawodnictwa, aby przełknąć takie brednie. Dziadek opowiadał mi o swoich praktykach z kolegium, a ja wzdychałem do kolegium: tam przynajmniej byłbym mógł przestawać z dziećmi w moim wieku.