Słuszny wzrost bywa czasem dobrą rzeczą. Tym razem doskonale Kasi posłużyły długie nogi i ręce, w jednej chwili znalazła się na wierzchołku ściany. Właśnie gdy tam stanęła, jedna z Millerytek schwyciła ją za nogę i o mało nie ściągnęła jej bucika.
O mało, ale niezupełnie, dzięki mocnej nitce, jaką ciotka Iza przyszyła guziki. Kasia wyrwała się silnym ruchem i doznała tej przyjemności, że napastniczka musiała się cofnąć, ona zaś z okrzykiem tryumfu i przestrachu skoczyła między gromadkę Knightówien. Przysłuchiwały się one z otwartymi ustami wrzawie, a potem stały zdumione tym niezwykłym widokiem, że jedna spomiędzy nich wraca żywa z nieprzyjacielskiego obozu.
Nie zdołam opowiedzieć, jakie nastąpiło zamieszanie. Knightówny przejęte były dumą i tryumfem — Kasia ściskana, całowana, musiała ciągle opowiadać swoje dzieje, a szereg uradowanych dziewcząt siedział na dachu od budy, szydząc z zawstydzonych Millerytek.
Gdy po chwili nieprzyjaciel zgromadził siły i zaczął nacierać na ścianę, jedna z większych dziewcząt podniosła na rękach Józię uzbrojoną w młotek, aby mogła nim uderzać po napastniczych palcach ukazujących się na dachu. Tak serdecznie dopełniały tego, że Millerytki co prędzej umykały na dół i znalazłszy się w bezpiecznym oddaleniu, groziły zemstą. Bądź co bądź był to dzień wielki i pamiętny dla szkoły. W miarę jak się to wszystko działo, Kasia gorączkowała się swoją przygodą, pochwałami i pieszczotami starszych dziewcząt tak bardzo, że prawie nie wiedziała, co robi i mówi.
Wiele uczennic mieszkało zbyt daleko od szkoły, żeby chodzić do domu w południe, zwykły więc przynosić w koszyczkach śniadanie i pozostawać w szkole cały dzień. Kasia i Józia zaliczały się do nich. Tego dnia po śniadaniu poszły wszystkie bawić się do klasy, a nieszczęśliwa gwiazda Kasi natchnęła ją pomysłem nowej gry, którą nazwała „grą w rzeki”.
Odbywała się ona, jak następuje: każda z dziewcząt, przybrawszy nazwę jakiejś rzeki, wyznaczała swój bieg, wijąc się przez pokój pośród stołów i ławek, z cichym, głuchym szmerem, naśladującym szmer wody. Cesia była rzeką Platte, Marynia Brooks, słuszna panna — Missisipi; Alicja Blair — Ohio, Józia — Penobscott i tak dalej23. Miały zalecone, aby co minutę wpadać jedna w drugą, tak bowiem dzieje się z rzekami według słów Kasi. Ona sama była Oceanem Wielkim i przeraźliwie hucząc, wskakiwała raz po raz na podwyższenie, zajmowane zwykle przez panią Knight. Od czasu do czasu, gdy inne były na końcu pokoju, nagle wołała: „Teraz zlewają się wody!”. W tej chwili wszystkie rzeki rzucały się, skakały, piszczały, krzyczały, dążyły, płynęły ku Oceanowi Wielkiemu, on zaś huczał głośniej niż one wszystkie i robił krótkie skoki w górę i na dół, chcąc przedstawiać fale uderzające o brzegi.
Takiej wrzawy, jaką spowodowała ta piękna gra, nigdy jeszcze nie słyszało miasto Burnet. Przypominał ryk byka, kwik świni, gdakanie indyków i śmiech dzikich hien. W dodatku rzeki te stukały meblami i tupały o podłogę nieprzykrytą dywanem. Przechodnie zatrzymywali się, dzieci płakały, jakaś stara jejmość zapytała, czemu nikt nie idzie po policjanta, Millerytki zaś przysłuchiwały się ze złośliwą przyjemnością i mówiły każdemu, że pensjonarki pani Knight zwykle tak hałasują w czasie przerwy.
Pani Knight, wracając z obiadu, zadziwiła się bardzo, widząc tłum ludzi przed szkołą. Zbliżywszy się, usłyszała wrzawę, która ją prawdziwie przestraszyła, gdyż przemknęła jej przez głowę myśl, że zamordowano kogoś w jej szkole. Śpiesznie otworzyła drzwi i z wielkim zgorszeniem ujrzała salę w najwyższym nieładzie. Krzesła i stoły poprzewracane leżały na ziemi, atrament płynął po podłodze, a wśród tego zniszczenia wzburzone rzeki rwały się, rzucały i Ocean Wielki z rozognioną twarzą skakał jak szalony na podwyższeniu.
— Co to znaczy? — jęknęła biedna pani Knight, nie mogąc prawie mówić z przerażenia.
Na dźwięk tego głosu rzeki ucichły, Ocean Wielki szybko położył koniec swym skokom i zsunął się z podwyższenia. Zdawało się, że wówczas dopiero dziewczęta spostrzegły, co się dzieje z salą. Mniej śmiałe schowały się za stoły, zuchwalsze udawały, że nie czują winy, a dla pogorszenia stanu rzeczy uczennice, które poszły na obiad do domu, zaczynały powracać i zdumione obrazem zniszczenia pytały cichym szeptem: „Co się stało?”.