Na tym skończyły się zapiski i dzieci śmiały się tak długo, że nareszcie zaczęły padać długie cienie i Marianna zawołała je na herbatę.
Przykro było zbierać puste koszyki, wracać do domu i czuć, że się skończyła długa, rozkoszna sobota, i nie powtórzy się przez cały tydzień. Ale pocieszały się tą myślą, że Raj zawsze zostanie i że kiedy tylko Kasia i ciotka Iza pozwolą, przeskoczą tylko kilka bardzo łatwych zapór, i nie bojąc się anioła z płomiennym mieczem, który mógłby je zatrzymać w drodze, wejdą do swojego Edenu19 i obejmą go w posiadanie.
Rozdział trzeci. Dzień niepowodzeń
Szkoła pani Knight, do której uczęszczały Kasia, Józia i Cesia Hall, znajdowała się na przeciwnym niż dom pana Carr końcu miasta. MIeściła się w niskim jednopiętrowym budynku z podwórzem z tyłu, gdzie uczennice spędzały przerwy. Na nieszczęście, tylko o jedne drzwi dalej stała szkoła panny Miller, równie liczna i popularna, i także z podwórzem w tyle. Ściana z desek oddzielała te dwa place przeznaczone do zabawy.
Pani Knight była kobietą wysokiego wzrostu, łagodnego usposobienia, powolnych ruchów, a twarz jej przypominała spokojną i zadowoloną krowę. Panna Miller przeciwnie — miała czarne oczy, czarne loki nad czołem i była bardzo ruchliwa i ostra. Między tymi szkołami toczyła się nieustanna wojna o wartość nauczycieli i nauk. Uczennice pani Knight z jakiejś niewiadomej przyczyny uważały siebie za osóbki dobrze wychowane, nie ukrywając przy tym opinii, że wychowanki panny Miller są wulgarne — za co te ostatnie odpłacały się im pięknym za nadobne20. Przerwy schodziły im na wykrzywianiu się przez szpary i wierzchołek ściany, gdy się tam któraś zdołała dostać, co nie było łatwą rzeczą, bo ściana była wysoka. Pensjonarki pani Knight również umiały stroić miny pomimo „dobrego wychowania”. Ich podwórze miało wielką wyższość z powodu drewnianej budy, której pochyły dach sterczał nad posiadłością panny Miller, na nim to dziewczęta zwykły siadać rzędami, z nosem zwróconym do sąsiedniego podwórza i drażnić nieprzyjaciółki szyderczymi uwagami. Nazywały się wzajemnie Knightówny i Millerytki, a taka wojna wrzała między nimi, że nieraz było niebezpiecznie spotkać się na ulicy Knightównie z Millerytką. Łatwo się domyślić, jak to wszystko dobrze wpływało na ułożenie i moralność panienek.
Jednego poranku, wkrótce po owej przechadzce do Raju, Kasia spóźniła się, nie mogąc znaleźć swoich rzeczy. Znikła jej gdzieś „algebra”21, jak się zwykła wyrażać, zginęła tabliczka do pisania i oberwała się szarfa od kapelusza. Kasia biegała, szukała, trzaskała drzwiami, aż się ciotka Iza zniecierpliwiła i rzekła:
— Jeżeli nazywasz „algebrą” tę brudną książkę z jedną tylko okładką i zabazgraną na wszystkich kartkach, to znajdziesz ją pod kuchennym stołem. Filipek powiedział przed śniadaniem, że to świnka — i nic dziwnego, bo przyznaję, że zupełnie tak ona wygląda. Nie rozumiem, jakim sposobem można tak niszczyć swoje szkolne książki, nie minął jeszcze miesiąc, jak ci ojciec kupił nową algebrę, a spojrzyj na nią teraz, nie możesz jej już brać ze sobą. Chciałabym, żebyś się zastanowiła, ile kosztują książki. Tabliczki nie widziałam, ale masz tu szarfę od kapelusza — rzekła, wyjmując ją z kieszeni.
— Ach dziękuję! — powiedziała Kasia, zapinając ją spiesznie szpilką.
— Kasiu Carr! — krzyknęła prawie panna Iza — Co ty robisz? Zapinasz wstążkę od kapelusza! Zmiłuj się, jakiegoż ty szaleństwa nie popełnisz! Stójże spokojnie! Nie kręć się! Nie ruszaj się, póki nie przyszyję porządnie!
Niełatwo było stać spokojnie i nie ruszać się, bo ciotka Iza hałasowała, łajała i niekiedy, w chwili zapomnienia, kłuła igłą w brodę. Kasia znosiła to, jak mogła najlepiej, przestępując ciągle z nogi na nogę, i czasem tylko zżymnęła się22 jak zniecierpliwiony konik. Odzyskawszy wolność, wpadła szybko do kuchni, porwała algebrę i wyleciała jak trąba powietrzna ku bramie, gdzie poczciwa Józia czekała cierpliwie, chociaż sama była już gotowa i strach ją ogarniał, że się spóźni.