Niebawem ludzie pozjadali się co do jednego.
Zostałem sam.
Wróciłem do domu.
Na schodach musiałem stoczyć zaciętą walkę z rurą gazową, która okręciwszy się dokoła poręczy, czatowała na zdobycz niczym wąż boa.
Kiedy szedłem do mieszkania, usłyszałem znajomy dzwonek telefonu.
Wyjrzałem przez okno.
Siedział na sąsiednim drzewie, przeskakiwał z gałązki na gałązkę, po czym odfrunął do pobliskiego ogrodu, gdzie prawdopodobnie miał już własne gniazdko.
Nie zapalałem elektryczności. Przewody były już przecież od dawna soliterami nieznanych żołądków. Nie dzwoniłem na służącą. Dzwonki były już przecież od dawna przynętami dalekich rybołówstw.
Zapłakałem.
I samotny, opuszczony przez cywilizację, napisałem ten zwariowany felieton.