To była ta sama pani.
Reklama a miłość
Już średniowieczni rycerze ogłaszali imię swej ukochanej, dodając przez usta giermków, że jest najcnotliwszą, najpiękniejszą, najpobożniejszą, najskromniejszą, najdroższą, naj... naj... aj!... aj!...
A kto wątpił i twierdził, że owe wszystkie „naj” charakteryzują inną zgoła dziewicę, ten zostawał wyzwany na udeptaną ziemię.
Tak po raz pierwszy reklama zetknęła się z miłością. Musimy zauważyć, że już w zamierzchłych czasach była powodem do krwawych niesnasek.
Obecnie, w dobie ogłoszeń, neonów, wywieszek, plakatów Gronowskiego77, czy Hryniewieckiego78, reklama, której mamy pełno w uszach i oczach, stroni dotąd od delikatnych spraw miłosnych.
Nie wyobrażamy sobie nawet rycerza przemysłu czy polityki, smukłego lub pękatego pana z parasolem w ręku, który by postanowił reklamować swoją ukochaną girlsę79, tancerkę czy gwiazdkę filmową, dajmy na to Fitę Orma (Mańkę Wypłosz) żywcem występującą na jakiejś kinowej nadscence.
I jak miałby to zrobić?
Czy nakręcić własny dodatek filmowy pt. Wdzięki mojej ukochanej?
Czy obstalować piosenkę z tekstem napisanym na cześć swojej lubej, nagrać ją na płytę i nadawać przez radio?