O wszystkie te istoty Bóg się troszczy. Każdą żywi hojnie. Tak sobie reb Juzipl rozmyśla i ogarnia go zadowolenie z Boga, świata, narodu Izraela, z siebie i ze swoich myśli, które wypowiada nieraz głośno, tak głośno, aby wszyscy mogli je usłyszeć. I jak wszędzie na świecie, tak też i w Kasrylewce nie brak ludzi, którzy rzecz pragną zbadać dogłębnie, którzy lubią we wszystkim grzebać, chcą zadawać pytania. Usiłują pożartować sobie ze starego reb Juzipla i zapędzić go pytaniami w kozi róg.

— Powiada rebe, mól. Rebe mówi o robaczku. W takim razie proszę odpowiedzieć i wyjaśnić: skoro Najwyższy jest tak wielkim, dobrym i miłosiernym Bogiem, który żywi nawet robaczka pod kamieniem, to dlaczego nie żywi Żydów w Kasrylewce? Czyżbyśmy mniej znaczyli niż mól, niż robaczek gnieżdżący się pod kamieniem?

— Ależ dzieci z was — odpowiada stary z uśmiechem. — Dam wam przykład z królem. Wyobraźcie sobie, na przykład, że król zaprosił was na ucztę. Weszliście do przedpokoju i zauważyliście, że nie jest on ani okazały, ani jasny. Zabraliście się i poszliście. Tak się przedstawia i ta sprawa. Zadam wam pytanie: Co za znaczenie mogą mieć nasze cierpienia i krzywdy tutaj, w wąskim korytarzu w przedpokoju, w porównaniu z owym wielkim salonem, owym wspaniałym, bogatym pałacem Stwórcy, w którym ściany są ze szlachetnego złota, podłogi ze srebra, a kamienie z brylantów? Tam życie jest wieczne. Tam dusze cadyków siedzą na honorowych miejscach. Zażywają niewysłowionych rozkoszy i radują się światłem i nimbem łaski bożej. Sam Pan Bóg obsługuje je. Podaje im złote puchary napełnione najlepszym winem, a na srebrnych talerzykach smaczne kęsy ryby z legendarnego Lewiatana243 oraz mięso z Szor Habora244 (legendarny dziki byk).

Ostatnie słowa, to znaczy „wino”, „Lewiatan” i „Szor Habor”, reb Juzipl dodaje zwykle na użytek prostego tłumu. Ten stroni bowiem od spraw duchowych. Nie chce słyszeć o łasce i nimbie. Prosty, zwyczajny Żyd potrzebuje zwyczajnego kawałka ryby z kawałkiem pieczeni. Te zaś są w Kasrylewce rzadkością. Na te potrawy można sobie pozwolić tylko w sobotę lub w święto i to nie zawsze. Za takie słowa kasrylewianie serdecznie kochają starego rabina. Przede wszystkim przepada za nim plebs. A spośród niego, najbardziej kocha go ta sławna para małżeńska — łaziebny i łaziebna z miejscowej łaźni publicznej. Tej parze poświęcimy osobny rozdział w naszej opowieści.

Rozdział K. Adam i Ewa w raju

Jeśli jest jakiś sens w tym, co mówią Szmaja lub Fiszel, korespondent nie drukowanych korespondencji, że łaźnia w Kasrylewce jest po prostu rajem na ziemi, to nie wyda się wam dziwnym, iż dowcipnisie z miasta nazwali Berka łaziebnego Adamem Pierwszym, a jego żonę, łaziebną, Matką-Ewą. Skąd te imiona się wzięły, trudno dziś ustalić. Może dlatego, że łaziebna miała na imię Chawa, więc jej mężowi imię Adam pasowało jak ulał. A może dlatego, że sławna para mieszkała w tym odosobnieniu od wielu lat i żyła w nim jak w raju. A może dlatego, że Żydzi i Żydówki z Kasrylewki mieli honor oglądać tę parę w takim samym stroju, jaki nosili w raju Adam i Ewa, zanim zjedli owoce z Drzewa Świadomości. Tak czy siak musimy przyznać, że jeśli dowcipnisie z Kasrylewki przylepią komuś imię, to pasuje ono jak ulał. Jest idealnie skrojone, świetnie przymierzone. Wydaje się, że człowiek urodził się z tym imieniem. Pozostaje tylko złożyć mu życzenia, aby je nosił na zdrowie. Nikt już nie mógł sobie wyobrazić, aby mógł nosić inne imię. A jak inaczej można by było nazwać tę parę małżeńską, która spędzała wszystkie dni i lata tam, u podnóża góry daleko za miastem, daleko od nie znikającego błocka, tuż nad brzegiem rzeki, w której przeglądają się nisko pochylone wierzby? W miejscu, gdzie latem rozlega się taki rechot żab, że głowa puchnie. Takie miejsce nie może się nazywać inaczej, jak tylko raj, a taka para małżeńska, jak łaziebny i łaziebna, to nic innego, jak tylko Adam i Ewa w raju.

Była to para stworzona dla siebie. A stworzona została chyba jeszcze w okresie sześciu dni stworzenia świata. On, wysoki, zdrowy, barczysty. Stary, wysłużony żołnierz o skołtunionej brodzie, chodzący zawsze w watowanej błyszczącej kapocie i w podwiązanych butach. Ona, wysoka, zdrowa, tłusta Żydówka o ciemnej, ospowatej twarzy i szarych, dobrych oczach. Na głowie nosi zwykle kraciasty szal. Spod trochę podkasanej sukni widać nogi w męskich wysokich butach.

Poza łaźnią para ta świata nie widziała. Nie miała o nim pojęcia. Ciągle tylko zajęta jest łaźnią. A to trzeba napalić w łaźni, a to trzeba ją remontować. Z założonymi rękami żadne z nich nie usiedzi. Chyba, że jest noc, gdy wszystek ogień w piecach łaźni zostaje wygaszony. Wtedy Adam i Ewa zasiadają do stołu, na którym pojawia się micha kartofli. Zimą śpią na piecu, latem na dworze, na przyzbie245. Nikomu w Kasrylewce nie jest tak dobrze jak im. Nikt w Kasrylewce nie ma tak stałego i pewnego zarobku jak Adam i Ewa. Rat nie spłacają, na klientów długo nie czekają. Ogólna nędza miasta nie jest przeszkodą dla łaźni. Żyd bez łaźni się nie obejdzie. Prawda, kokosów nie zarabiają, kapitału nie odłożą. Domu własnego, rzecz jasna, nie zbudują. Ileż bowiem, pożal się Boże, zapłaci Żyd w Kasrylewce za kąpiel w dzień przedsobotni? Weźcie też pod uwagę rozchody. Ileż to drzewa pochłania łaźnia? Kocioł jest stary, kamienie się rozpadają, przez ściany prześwieca, a z sufitu kapie. Każda kropla spadająca na gołe ciało parzy, pali. Z bólu człowiek aż podskakuje do góry. Z piersi wydobywa się „och” i „ach”. Zupełnie, jak z tymi grzesznikami w piekle, kiedy pędzą ich po rozżarzonych gwoździach.

Całą gorycz zbolałych serc wszyscy wylewają na łaziebnego. Na jego głowę sypią się przekleństwa. A łaziebny nic. Robi swoje. Leje wodę na gorące kamienie i mruczy pod nosem: „Widzieliście ich? Łaźnię zbudowano jeszcze za czasów Chmielnickiego, a oni chcieliby, żeby nie kapało”. I własnymi rękami łata i remontuje starą łaźnię. Zatyka ściany, naprawia dach, czyści mykwę246, byleby tylko nie dać okazji miejscowym mędrcom do śmiechu, do drwin, do wymysłów, że w mykwie żaby rechocą.

Adam Pierwszy wstaje skoro świt, gdy sam Pan Bóg jest jeszcze pogrążony we śnie. Jego mocne ręce dźwigają jedno wiadro wody za drugim. Odmawia przy tym psalmy, całe rozdziały psalmów. Robi to w pośpiechu. A głos ma donośny, dźwięczny. Wydostaje się on z łaźni na zewnątrz i toczy się wraz z wiatrem brzegami rzeki, aby zginąć gdzieś daleko za nią, tam, gdzie na gałęzi drzewa uwija się ptak, który zakończył właśnie swój świergot, czyści dziób i myśli o przekąsce...