Kasrylewka: — Widocznie po to, aby zamienić się miejscami.
Kozodojewka: — Żarty na bok! Dlaczego uciekacie?
Kasrylewka: — Dlaczego wy uciekacie?
Dopiero teraz i tutaj, gdy obydwa miasta rozgadały się na dobre, gdy przypatrzyły się sobie dokładnie oczyma bezstronnych obserwatorów, dostrzegły, jak naprawdę wyglądają.
— Widzieliście coś podobnego? Bractwo wieje. A czego tu wiać? Dokąd? Oby ich zawiało!
Gadu, gadu, a z oczu płyną łzy. Wycierają je, chlipią i wzdychają.
— Biada nam, biada! Na co to zeszliśmy!
I rozgadali się do syta. Napęcznieli od słów jak gąbki. Z serca trzeba było zrzucić ciężar. A potem podali sobie ręce. Serdecznie się pożegnali. Rozcałowali się jak prawdziwi przyjaciele. Jak powinowaci, jak członkowie nowo powstałej rodziny. Jak mąż z żoną, którzy przedtem się rozwiedli i znów połączyli. Wszystkie swoje koszmarne sny wyładowali na głowy wrogów. Złożyli sobie życzenia, aby na tym się wszystko skończyło. Z gorzkim uśmiechem odmówili: „Niech będzie Jego wola”, po czym dali znak gojom-woźnicom, aby zawrócili z powrotem do opuszczonych miast.
I obydwa miasta rozjechały się. Kasrylewka wróciła do Kasrylewki, a Kozodojewka do Kozodojewki. Bezgłośnie przekradali się Żydzi do swoich rodzinnych miast. Jak ptaki, które wróciły do swoich gniazd. Po cichu każdy przystąpił do swojej pracy. I jeszcze długo po tym powtarzali sobie, przypominali i gadali o wielkim zamieszaniu, które przeżyli. A po to, aby następne pokolenia, dzieci naszych dzieci, też o tym wiedziały, postarałem się opisać tę wielką epopeję w naszym prostym żydowskim języku i wydać ją drukiem na wieczną rzeczy pamiątkę.