Usłyszawszy takie słowa wielce zaciekawiony Rotszyld poleca natychmiast wprowadzić kupca. Następują powitania — szolem alejchem280 i alejchem szolem.
— Proszę usiąść — powiada Rotszyld. — Skąd Żyd przybywa?
— Z Kasrylewki.
— I co dobrego powiecie?
— A co mam powiedzieć, panie Rotszyld. Rzecz całkiem prosta. U nas się mówi, że pan posiada, bez uroku, nie najmniejszy majątek. Obym ja miał choćby połowę, albo nawet jedną trzecią z tego, co ma pan. Zupełnie by mi to wystarczyło. Honorów i zaszczytów też chyba panu nie brakuje, bo kto forsą dysponuje, o wszystkim decyduje. Ale, krótko mówiąc, jednej rzeczy panu brakuje. Jakiej? Wiecznego życia. I właśnie tę rzecz mam panu do sprzedania.
Na dźwięk słów „wieczne życie”, Rotszyld natychmiast reaguje:
— Ile to będzie kosztowało?
— Będzie to kosztowało — zastanawia się — no... powiedzmy... ze trzy setki.
— A może byśmy się trochę potargowali?
— Nie, panie Rotszyld, nic z tego. Żebym ja miał tyle błogosławieństw, ile mógłbym więcej od trzech setek zażądać od pana, ale skoro już się raz rzekło, to przepadło.