Potem jednak, kiedy Zajdel przyszedł z nową wieścią, że cała ta sprawa okazała się zwykłym oszczerstwem, że zesłany na galery żydowski kapitan jest Bogu ducha winny, że padł ofiarą intrygi kilku generałów, Kasrylewka wykazała nieco większe zainteresowanie. Od tej chwili Dreyfus był już „swój”. Stał się kasrylewianinem. Gdzie dwóch się spotkało, tam on był trzecim.
— Słyszałeś?
— Słyszałem.
— Zesłany na zawsze!
— Na wieczne osiedlenie!
— I to za nic!
— Niecne oszczerstwo.
A kiedy w jakiś czas potem Zajdel zakomunikował im, że zanosi się na nową rozprawę sądową, że znaleźli się porządni ludzie, którzy podjęli się udowodnić całemu światu, że cała ta heca to jedna wielka pomyłka, Kasrylewka rozkołysała się na zupełnie inną modłę. Po pierwsze Dreyfus to przecież „nasz człowiek”. Po drugie, jak to jest możliwe, żeby tam w Paryżu mogła zaistnieć taka wstrętna sprawa? Fe! Jakoś nieładnie. Jakoś nie do twarzy z tym „francuzikom”. No i rozpętała się dyskusja. Ludzie zaczęli się zakładać. Jedni mówili, że nowa rozprawa dojdzie do skutku, drudzy byli odmiennego zdania. Po wyroku — twierdzili ci ostatni — klamka zapadła i nie ma odwołania.
A jak dalej potoczyła się sprawa? Ludzie przestali czekać, aż Zajdel wygramoli się ze swojego mieszkania i pofatyguje do bożnicy, aby im zanieść nowe wieści o kapitanie Dreyfusie. Sami zaczęli przychodzić do niego do domu. Potem wyczerpała się ich cierpliwość i razem z nim zaczęli udawać się na pocztę, aby odebrać gazetę i tam na miejscu ją przeczytać, przeanalizować, podyskutować i nawet się wykłócić. Oczywiście, że gadania przy tym było co niemiara. Pan poczmistrz często nie omieszkał dawać im do zrozumienia — i to w sposób niezbyt delikatny — że jego urząd to, nie przymierzając, nie żydowska bożnica.
— Tu, parchaci Żydzi, żadna żydowska bożnica. Tu nie kahał335, szacher macher336!