Zauważywszy nadchodzącego gospodarza młodzieniec zabiera się z całych sił do rąbania rodzynek.
— Pan w jakiej sprawie? — przede mną staje gospodarz. Jest niewysokiego wzrostu, rudy. Głos ma ochrypły. Jedno oko mu się nie zamyka. Odnoszę wrażenie, że w czasie snu także.
— Chciałbym wypić szklaneczkę wina.
— Pojedynczą czarkę wina? — gospodarz dłubie sobie w uchu i patrzy przy tym w sufit.
— Pojedynczą czarkę wina.
— To po co wlazł pan do piwnicy? Dlaczego nie wszedł pan na górę? Wyłaź pan, za przeproszeniem. W prawo!
Wyłażę z piwnicy, biorę kurs na prawo i trafiam do ciemnego pokoju, pełnego dymu i brudu. Znajduje się w nim kilka kulawych krzeseł. Siedzą na nich Żydzi, palą papierosy i ciągną „wimorozig”. Nie śpiewają, nie krzyczą, nie uderzają rękoma w stół i nie wyczyniają żadnych brzydkich kawałów.
Co więc robią? Siedzą i żłopią swój „wimorozig”. Palą papierosy, cicho wzdychają i, postękując, rozmawiają. Przy jednym ze stolików siedzi dwóch Żydów. Głowy mają opuszczone, widać, że już zabrakło im słów. Nagle jeden z nich zrywa się:
— Co powiesz Szymonie-Dawidzie na ten „wimorozig”?
— A co mam powiedzieć na ten „wimorozig”? — mówiący te słowa wygląda na wyrwanego z głębokiego snu. — To nie „wimorozig”. To boski napój. To nektar. To ci dopiero „wimorozig”.