— Hej, hej — krzyczy ktoś i wyrywa się z tej grupy. Jest to Żyd, któremu czapka zsunęła się już zupełnie z głowy. Oczy kleją mu się do snu, a język plącze między zębami. — Co by to było, gdyby nam na przykład ni z tego, ni z owego, oddali Ziemię Izraela? Aha Jenkl, wyobrażasz to sobie? I co powiesz na to? Ty przecież znasz się trochę na tym.
— Erec Izrael47? — powiada Jenkl i wyciąga swoją długą szyję, aby poskrobać się pod kołnierzem. — Mówisz o Ziemi Świętej? Ach, byłoby to całkiem niezłe. — Powiadają, że coś w tej sprawie robią ci, no, jak ich tam nazywają? No, ci, ci...
— Syjoniści? — wtrącił się trzeci z grupy. — Ale to wszystko guzik! Nic z tego nie będzie.
— Dlaczego? Przecież w tym coś musi być. Musi być jakiś sens!
— Wiem chyba, co mówię. Nie znoszę czczego48 gadania. Wiesz przecież, że jeśli ja coś powiem, to jest to powiedziane.
— Wszyscyście osły! — wtrąca się jakiś rakowaty Żydek w błyszczącej kapocie. Mówi powoli. Cedzi każde słowo. Przykłada palce do nosa, usta wykrzywia na bok i uśmiecha się sam do siebie. Policzki mu płoną. — Durnie z was! Jakem Żyd. Skończone osły. Patrzę, przyglądam się wam i nic nie mówię. Przysłuchuję się temu, co mówicie. Syjoniści, szmoniści, wszystko to razem guzik z pętelką. Widzę, że nie macie zielonego pojęcia. Jeśli chcecie, to wam powiem, o co chodzi. A sprawa wygląda tak... Ale słuchajcie uważnie!
Bierze koniec bródki w usta, zamyka oczy i zaczyna rozmyślać. Trwa to bardzo długo. Potem zrywa się jakby ze snu i strzelając palcami zwraca się do gospodarza:
— Bądź pan taki dobry i podaj jeszcze jedną butelkę „wimoroziga”.
Rozdział V. Kasrylewski teatr
Wychodząc z winiarni spostrzegłem afisz, na którym widniały wydrukowane dużymi literami następujące słowa w języku żydowskim: