— Tak, racja, beczka jest pusta — chwyta się za głowę i wyrzuca z siebie grad przekleństw. Nie wiadomo nawet pod czyim adresem.

— Cholera, nagła śmierć. Oby skonał! Oby w wodzie utonął. Kto mógł wyjąć zatyczkę? Niech go ziemia pochłonie! Gdzie się podziała zatyczka? Oj, nieszczęście. Oby cię ogień spalił!

Grunem wyładowuje całą swoją gorycz na biednym koniku. Uderza go batem po grzbiecie. Konik mrugnął tylko oczyma. Spuścił łeb, spojrzał w bok i pomyślał sobie zapewne tak: „Za co mi się to należy? Za co mnie uderzył? Niewielka to przecież sztuka wziąć konia, biedne nieme stworzenie, i za nic bić”.

— Życzę ci osiemdziesięciu ciężkich lat! — Grunem mówi to do siebie. — Już wiem, jak to jest. Nalewam i nalewam. I znowu nalewam i nalewam. Teraz już rozumiem. Beczka widocznie od początku nie miała zatyczki. Oby cię szlag trafił jeszcze tej nocy. Obyś rozpadła się na drobne kawałki.

— Wody! Wody! — ci, którzy gaszą pożar, wołają wciąż o wodę.

— Szybciej! Szybciej! Podajcie wiadra. Nieście je do nas! Dajcie wody!

— Jakie wiadra! Jaka woda? Widzicie przecież, że nie ma nawet kropli.

— Co znaczy, nie ma wody?

— To znaczy, że nie ma!

— A gdzie się podziała?