— Nie masz już innego określenia. Wszystko u ciebie nazywa się pijaństwem! Czy widziałaś kiedyś, aby ja porąbał kogoś po wódce? Ja, gdy chcę się napić, sam idę do sklepu i kupuję.

— No to idź, do jasnej cholery!

— Aby tylko z tobą. Z tobą to gotów jestem pójść w ogień i wodę!

— Masz i obyś zaniemówił!

Tak odpowiada Gitl swemu mężowi, szewcowi Chlawnemu, i nie oglądając się za siebie chwyta but i ciska nim w męża. But jest prawie gotowy. Brak mu jeszcze tylko korka i paru fleków w podeszwie. Chlawne „przyjmuje” ten niespodziewany prezent ze śmiechem i — jak zwykle — kwituje go właściwym sobie powiedzonkiem. A co dopiero, gdy Gitl wraca z zainkasowanymi za robotę pieniędzmi i wydziela mu parę groszy na zakup nici, wosku i świńskiego włosia. Wtedy on mięknie jak wosk. Staje się słodszy od miodu. Niezmiennie wysoko ceni sobie wówczas żonę i wszystkie kobiety świata. Głaszcze swoje wysokie i białe czoło (wszyscy szewcy mają wysokie i białe czoła) i z filozoficzną zadumą tak powiada:

— Nie wiesz, co król Salomon, niech mi to wybaczy, miał do kobiet, że je wpędzał do grobu? Wiesz chyba, co król Salomon mówił o was?

— Co król Salomon mówił tam, nie chcę wcale tutaj wiedzieć. Ty lepiej idź na targ po nici, wosk i świńskie włosie. Uważaj jednak, abyś nie zabłądził i nie trafił do szynku.

Ta uwaga wydała się mu co najmniej dziwna. Wybuchnął śmiechem.

— Też mi pomysł! Do czego to podobne! To tak, jakby w sobotę odmówiono modlitwę z wieczoru piątkowego. Gdzie Rzym, a gdzie Krym! I co to za numer, aby w środku tygodnia lub w sobotę wieczorem, ni z tego, ni z owego wpaść do szynku?

Kiedy Chlawne przelicza otrzymane grosze i przekłada monety z jednej ręki do drugiej, patrzy jednym okiem w sufit z filozoficzną zadumą. Dokładnie wylicza, ile mu potrzeba na wosk, ile na nici i ile na świńskie włosie. Wydaje z siebie głębokie westchnienie i cichym krokiem rusza w kierunku szynku.