Rzecz oczywista, że strach ogarnął jedynie ludzi dorosłych. Tylko starszych. Z dziećmi sprawa miała się wręcz przeciwnie. Dla nich było to prawie święto. Zaczęto zwracać większą uwagę na to, co jedzą i piją. Codziennie rano badano je. Obmacywano im główki. Sprawdzano języki. W końcu zamknięto chedery i dzieci puszczono do domu. Miało już tak być, aż Bóg ulituje się nad miastem, a epidemia wróci tam, skąd przyszła. Ale epidemia nie chciała opuścić miasta. Cholera rozszalała się na dobre.
Mieszkańcy miasta nie zasypiali jednak gruszek w popiele. Robili wszystko, co było w ich mocy. Przede wszystkim wzięli się do tak zwanych masaży. Szybko utworzono grupy masażystów. Ich zadanie polegało na tym, że gdy tylko dostrzegli człowieka, któremu zrobiło się niedobrze, natychmiast kładli go na ławę. Rozbierali i dawaj masować. Tymi masażami niemało ludzi uratowali od śmierci. Do grupy masażystów zapisali się najszacowniejsi obywatele miasta. Całe miasto zostało podzielone na dzielnice. Każdy rewir miał swoich masażystów. Autor niniejszej autobiografii odnosił się do nich z ogromnym szacunkiem. Podziwiał ich. Uważał ich za prawdziwych bohaterów. Ludzie ci nie znali strachu. Nie bali się ani cholery, ani śmierci. Podtrzymywali się wzajemnie na duchu. Uśmiechali się, wypijali lechaim140 i składali sobie życzenia: — Oby Bóg wszechmogący ulitował się nad ludźmi. Oby epidemia wygasła.
Oczywiście Rabinowicze także znaleźli się w grupie masażystów. Nachum Rabinowicz miał co wieczór, po powrocie ze swojego rewiru, wiele do opowiadania. Przynosił mnóstwo nowin. A to kogo dziś masował, a to ilu dziś wymasował. Kogo w ogóle wymasował, a kogo nie. Wszyscy domownicy otaczali go kołem i na stojąco wysłuchiwali jego relacji. Patrzyli na niego z podziwem i szacunkiem. Maleńka Chaja Estera łamała sobie palce i patrząc na czeredę dzieci zebranych w pokoju, rzucała mimochodem: — Oby, nie daj Bóg, nie zawlókł tej choroby do domu. — Na to zwykle Nachum odpowiadał z uśmiechem: — Cholera nie jest znów taką chorobą, którą można zawlec. Komu sądzona, tego i w domu dopadnie.
Widocznie maleńkiej Chai Esterze była sądzona. Pewnego pięknego poranka wstała z łóżka i opowiedziała swojej teściowej, babci Mindzie, dziwny sen, jaki miała tej nocy. Śniło się jej, że jest piątkowy wieczór. Właśnie odmawiała nad świecami błogosławieństwo, gdy nagle do pokoju weszła Fruma Sara Srybnicka. Ta sama, która przed tygodniem zmarła na cholerę. Podeszła do świec i dmuchnęła na nie. Tfu! Wszystkie świece zgasły. Wysłuchawszy jej relacji z dziwnego snu, babcia Minda po prostu wyśmiała ją. Jak zwykle, korzystnie dla Chai Estery wyjaśniła znaczenie snu. Jednak na twarzach obu kobiet najwyraźniej zarysował się cień strachu. Zaraz potem Chaja Estera położyła się do łóżka. Kazała podać sobie lusterko i przyjrzawszy się swemu odbiciu, tak powiedziała do babci Mindy: — Teściowo, jest niedobrze! Przyjrzyj się tylko moim paznokciom. — Rzecz jasna, babcia Minda wyśmiała ją. Odczyniła wszystkie złe uroki. Precz przegnała wszystkie złe moce. Po cichu jednak posłała starsze dzieci po ojca, który w tym czasie był zajęty masowaniem w swoim rewirze. I nie czekając na powrót ojca, wstawiła do pieca duże naczynie z wodą i zabrała się do ratowania chorej. Robiła wszystko, co tylko w ludzkiej mocy. Nie zapomniała też posłać po doktora Kozaczkowskiego, najlepszego lekarza w mieście.
Kozaczkowski to chrześcijanin. Mężczyzna ogromnej tuszy o czerwonej twarzy. O nim Żydzi znający się na rzeczy mówili, że jest tak zdrowy, że pewnego dnia kipnie w marszu. I nie bacząc na to, że doktor Kozaczkowski był rzeczywiście najlepszym lekarzem w mieście, babcia Minda sprowadziła również Jenkla. Był to Żyd, który zajmował się leczeniem chorych. Z nim jakoś łatwiej było się dogadać. Jenkl znał się na leczeniu, chociaż był tylko felczerem. Jednak kołnierzyk nosił sztywny jak prawdziwy doktor. Recepty też wypisywał iście po doktorsku. Po łacinie czytał jak prawdziwy doktor i pieniądze też brał jak prawdziwy doktor. Gdy dostawał do ręki monetę, nawet nie patrzył. Brał ją jakby od niechcenia. Obmacywał ją w kieszeni i starał się odgadnąć, jaką ma wartość. Jeśli miała małą wartość, natychmiast kazał sobie dać inną. Robił to jednak delikatnie. Uśmiechał się przy tym, gładził sobie włosy na głowie i poprawiał bez przerwy okulary na nosie.
Z nim to babcia Minda zamknęła się na naradę w swoim alkierzyku. Młodsze dzieci wcześniej wyprawiła na dwór. Długo naradzali się szeptem. Trwało to aż do nadejścia ojca. I gdy ten wreszcie zjawił się ledwie żywy, babcia Minda naskoczyła na niego i dała mu porządny wycisk. Wyjaśnienia ojca wypadły bardzo śmiesznie. Istna komedia. Kto nie widział babci Mindy w owych dniach, ten doprawdy nie widział nic równie wspaniałego. Babcia — dowódca! Babcia — marszałek polny! Na głowie nosiła swoją jedwabną chustkę, na której były namalowane srebrne jabłka. Oba końce chusty wiązała z tyłu głowy. Wełniane rękawy brunatno-czekoladowej sukni nosiła zakasane. Czarny rypsowy141 fartuch i umyte do czysta ręce oraz stara, pomarszczona i surowa twarz babci Mindy nadawały jej jakiegoś uroczystego wyglądu. Trudziła się i krzątała, jakby była na jakimś weselu, a nie przy ciężko chorej synowej, która w szponach cholery zmagała się ze śmiercią. Wyglądało na to, że to nie matka, Chaja Estera, ale ona, babcia Minda, walczy za nią. Ona toczy bój z aniołem śmierci, który trzepotem skrzydeł dawał już znać o swoim nadejściu. Już go słychać, choć jeszcze nie było widać. Dzieci jeszcze nie zdawały sobie sprawy z tego, co się dzieje. Instynktownie czuły jednak, że to coś poważnego. Coś wielkiego, coś takiego, co dla nich stanowi tajemnicę. Mogły z twarzy babci Mindy wyczytać: „Śmierć chce zabrać dzieciom matkę, ale ja, z bożą pomocą, do tego nie dopuszczę!”. A jeśli ona tak mówi, to można jej wierzyć. Jej trzeba wierzyć!
Któregoś dnia, gdy doktor Kozaczkowski przyszedł do chorej i widocznie stwierdził, że z nią już jest krucho, albowiem jego zwykle czerwona twarz jeszcze bardziej poczerwieniała, babcia Minda natychmiast zebrała wszystkie dzieci. Ustawiła je w jednym szeregu, od najstarszego począwszy, a był to już kawaler z bródką, i na najmłodszym skończywszy. A najmłodsze dziecko to dziewczynka licząca roczek. Gdy doktor Kozaczkowski wyszedł z pokoju chorej, babcia padła do nóg, wycałowała jego ręce i podprowadziła do dzieci: — Popatrz pan, kochany i wielmożny panie, ile to robaczków, ile sierot zostawi po sobie chora, jeśli, nie daj Bóg, umrze. W imię sprawiedliwości zlituj się pan, wielmożny panie, nad tymi robaczkami, nad tymi owieczkami! — Odniosłem wrażenie, że słowa te były w stanie wzruszyć nawet kamień. Wzruszyły też do głębi doktora Kozaczkowskiego. Rozłożył ręce i powiedział: — Co jeszcze mógłbym zrobić? Robię wszystko, co mogę. Oto kogo należy prosić. — Tu wskazał palcem na niebo. — Boga, jego trzeba prosić! — Nie tego jednak potrzebowała babcia Minda. Za takie rady tylko wielmożnemu panu podziękować. Nie jest jej potrzebny jako pośrednik między Bogiem a nią. Do Boga sama zna drogę. Była już w bóżnicy. Zapewniła już sobie odpowiednich ludzi do odmawiania psalmów przez całą dobę. Na cmentarzu też już była. Wzywała zmarłych na pomoc. Nad grobem lamentowała: — Taka matka jak żona mego syna Nachuma nie powinna umrzeć. Taka porządna i bogobojna kobieta jak Chaja Estera nie może i nie powinna umrzeć! Nie! Boże kochany! Tyś przecież Bóg dobry. Ty tego nie zrobisz.
Umarła. Dla dzieci była to już druga śmierć po zgonie rebego Mojszy rzezaka. Bardziej tę śmierć odczuwały, aniżeli ogarniały rozumem. Mocno, bardzo mocno je zabolała. Prawda, że Chaja Estera była bardziej surowa od innych matek. Nie da się zaprzeczyć, że często się od niej obrywało. Mówiła: — Dzieci nie powinny być przesadnie ciekawe. Dzieci nie powinny plątać się pod nogami. Nie powinny szczerzyć zębów i rechotać. — Innymi słowy, dzieci nie powinny się śmiać. Ale dzieci lubiły się właśnie śmiać. Bo jak tu się nie śmiać, gdy człowieka śmiech po prostu rozsadza. Drogo je ten śmiech kosztował. Płaciły za niego naciągniętymi uszami i czerwonymi policzkami. Matka, chociaż maleńka, twardą miała rączkę. Mocno dała się im we znaki.
Teraz jednak dzieciarnia zapomniała o szturchańcach, kuksańcach i innych sposobach bicia. Wspominano raczej, jak matka zwykła była wkładać rękę do kieszeni fartucha, aby wyciągnąć stamtąd po grosiku dla każdego dziecka. Jak na początku każdego miesiąca częstowała je kiszoną kapustą z miodem. Jak nie odstępowała ani na chwilę od łóżka dziecka, gdy zachorowało. Jak czule obmacywała ich główki. Jak sprawdzała ich puls, pieściła i głaskała po policzkach. Jak na święta szyła im ubranka. Jak kąpała je i myła. Jak wesoło śmiała się przy uczcie sederowej w święto Pesach, gdy po wypiciu wina z czterech kielichów szumiało im trochę w głowie. I wspominały jeszcze wiele innych rzeczy.
Dzieci leżały z głowami wtulonymi w poduszki i zanosiły się płaczem. Ich rozpacz jeszcze wzmogła się, gdy zobaczyły, że ojciec płacze. Kto to słyszał, żeby ojciec płakał! Tego jeszcze nie było. Gdy jednak spostrzegły, jak babcia Minda lamentuje, jak śpiewnie się modli, jak spiera się z Bogiem, to mimo woli, bez względu na żałobę, cień uśmiechu pojawił się na ich twarzach. Babcia Minda tak bowiem rozmawiała z Panem Bogiem — Dlaczegoś mnie nie zabrał zamiast tej młodej gałęzi, tej, bez uroku, matki tylu robaczków? — To porównanie dzieci do robaczków wywołało w nich śmiech nie do opanowania. Dlaczego właśnie robaczki?