Tak przedstawia się na wszystkich swych szczeblach działalność edukacyjna prowadzona w imię obecnego systemu przez t. zw. „kuratorów” oświaty Królestwa, jak dla pośmiewiska tytułują się jej grabarze. Konkluzyę ostateczną tej grabarskiej roboty ujmują lapidarnie następujące proste cyfry. Ilość analfabetów wśród popisowych, która w guberniach nadbałtyckich wynosi 5%, w Rosyi środkowej przeciętnie 65% — (gdzieindziej n. p. w Niemczech, zaledwo ½%) — w guberniach Królestwa Polskiego wynosi 82%. W urzędowem wydawnictwie petersburskiego Komitetu ministrów, przeznaczonem do informowania Europy o rzeczach rosyjskich (Statesman’s Handbook for Russia ed. by the Chancery of the Commithee of ministers) czytamy taką hańbiącą nas przed światem lakoniczną wzmiankę: „najniższego procentu umiejących czytać i pisać pośród poborowych dostarcza Królestwo Polskie oraz Syberya”. A więc pod jednym z względów najpierwszej wagi dla społeczeństw cywilizowanych, doprowadzeni zostaliśmy, my, Królestwo Polskie, najkulturalniejsza, najoświeceńsza część państwa rosyjskiego, na jeden poziom, już nie z Europą zachodnią, już nawet nie z którąkolwiek gubernią Rosyi środkowej, ale z barbarzyńską dziczą pustyń azyatyckich.
To jest poprostu dewastacya kulturalna. Dalsze jej skutki nie dały na siebie czekać. Ujawniły się one między innemi w zastraszającym wzroście występności. Występność zmniejsza się w Anglii, trzyma się na równi w Austryi i Francyi, nie wykracza poza karby normalne w Niemczech: w Królestwie Polskiem wzrasta gwałtownie, w stosunku trzy razy wyższym aniżeli w Rosyi wewnętrznej. W ciągu ostatniego dziesięciolecia, w dziesięciu guberniach polskich wzrosła o 46%, w wewnętrznych rosyjskich zaledwo o 14%. Dla należytej oceny tego zjawiska trzeba wziąć na uwagę, że ludność nasza pod względem przysposobienia moralnego, n. p. pod względem trzeźwości znakomicie przewyższa rosyjską, oraz, że wśród osób sądownie skazanych w Królestwie jest 86% analfabetów.
Stosunki prawno-sądowe Królestwa w ogólności w ciągu ostatnich lat 30-tu, t. j. od wprowadzenia reformy sądowej, uległy równie systematycznemu spaczeniu od wierzchołka aż do podstaw. Prezydyum Izby sądowej warszawskiej, więc niejako ministeryum sprawiedliwości na Królestwo, spoczywa w ręku dygnitarzy rosyjskich, sprawujących nietyle sędziowską ile polityczną działalność. Sądownictwo apelacyjne, okręgowe, pokojowe, obsadzone zostało wyłącznie przez Rosyan, zgoła nieobeznanych ani z warunkami, ani nawet z prawodawstwem krajowem. W najsubtelniejszych zagadnieniach procesu cywilnego, wymagających zarówno głębokiej znajomości stosunków, pojęć i zwyczajów społeczeństwa polskiego, jakoteż oswojenia się z duchem miejscowej kodyfikacyi sejmowej i Napoleońskiej, orzekają nieświadomi tych rzeczy sądownicy rosyjscy, goszczący w tym kraju na przygodnym etapie swojej karyery służbowej. W najpoważniejszych wypadkach procesu karnego, gdzie chodzi o wolność i życie, orzekają oni wedle martwej litery kodeksowej, bez najmniejszej styczności z tętnem miejscowego życia prywatnego i zbiorowego, na podstawie wygłaszanych w języku dla nich niezrozumiałym zeznań świadkowych polskich przekładanych ex promptu na język urzędowy przez kancelaryjnego tłumacza. Ci sędziowie zresztą, choćby nawet osobiście uczciwi, są poddani bezpośredniej presyi administracyjnej występującej niekiedy wręcz skandalicznie w głośnych procesach przeciw uprzywilejowanym mordercom i gwałcicielom, którzy wychodzą z sądu obronną ręką, jeżeli są Rosyanami w mundurze i jeśli ich ofiarą jest artystka albo suchotnica polska. Sądów przysięgłych, jakie oddawna posiada cesarstwo, Królestwo jest pozbawione zupełnie, między innemi dlatego, że niema sposobu wprowadzić ich z językiem rosyjskim, a z polskim wzbrania system. Palestra polska piastująca tak wysokie tradycye, skąd niegdyś wychodzili nietylko znakomici prawnicy, lecz prawodawcy i statyści, jest poniewierana przez każdego prezesa sądu okręgowego, przez każdego sędziego pokoju. Rosyjscy sędziowie pokoju z urzędu dla ludności polskiej, ta dziwaczna jurysdykcya przeciwna samej swojej naturze, niedorastający godności sędziowskiej pod każdym względem, a najpierw pod moralnym, niemający szacunku u własnych swoich rodaków i kolegów z wyższych instancyi, prezydują z urzędu w polskich radach familijnych, wyrokują o codziennym trybie powszedniego życia całej ludności miejskiej, u której tyleż są w postrachu, co w zasłużonej pogardzie. Sędziowie gminni, jedyna w tym obrębie instytucya wyborcza, krępowani są i dozorowani najściślej w skromnej swojej działalności; nadto w znacznej części kraju obieralność ich poprostu jest zniesiona aktem samowoli administracyjnej i na ich miejsce w guberniach unickich, zwłaszcza lubelskiej i siedleckiej — niemal wyłącznie są mianowani prawosławni sędziowie gminni z urzędu.
Wiadomo powszechnie jak fatalnie ukształtowały się stosunki wyznaniowe w Królestwie. Kościół rzymsko-katolicki, pod którego pieczą przedstuletnią wzrósł naród nasz i kultura, traktowany jest otwarcie jako wróg. Polski ksiądz katolicki z pierwszego pasterza swego ludu zdegradowany został na stopień ostatniego oficyalisty rządowego, a zarazem osoby wiecznie podejrzanej i pod nadzorem będącej. Jest on pilnowany w swoich najprostszych obowiązkach duszpasterskich, krępowany w dobroczynnych, ścigany w wychowawczych. W każdej rzeczy, z każdego kroku musi referować się pierwszej lepszej władzy świeckiej. Ta władza innowiercza wchodzi do seminaryum katolickiego i opinią swoją względem dostatecznej znajomości literatury rosyjskiej stanowi o kwalifikacyi na dobrego księdza katolickiego. A potem jest ta rana otwarta: unia. Przyznaje się corocznie Synod petersburski do blisko 100 tysięcy „upornych” unitów, a jest ich w rzeczywistości liczba, conajmniej czterokrotna zaliczona do „nawróconych”. Los tych nieszczęśliwych od przeszło ćwierci wieku, w drugiem już pokoleniu męczonych bez miłosierdzia, jest okropny. Ci ludzie żyją bez chrztów, ślubów, pogrzebów, pod ciągłą groźbą Syberyi, pod cierpieniem fizycznem i duchowem i pod pokusą pozbycia się tych cierpień za zaprzaństwo wiary; żyją jak pierwsi chrześcijanie, pod jawnem prześladowaniem religijnem, dziś w XX wieku na samym skraju Europy Zachodniej. Na tem prześladowaniu zyskali jedno: utwierdzili się nietylko we wierze ale także w świadomości narodowej. Mamy gdzieindziej, w Galicyi, swoje z Rusinami zatargi i kłopoty, które niewątpliwie, prędzej czy później braterską ułatwimy zgodą: tutaj w guberniach unickich Królestwa „uporna” ludność pochodzenia rusińskiego dzięki uciskowi rządu tem prędzej spolszczyła się i unarodowiła. Wroga dla kraju polityka rządowa na swój sposób równie konsekwentnie ujawniła się w stosunku do wyznań obcych w Królestwie. Mamy tu około półmiliona ewangelików obojga obrządków. Dawni dysydenci, dziś coraz więcej dobrzy Polacy, są przez rząd popychani raczej ku germanizacyi, byle tylko oddalić ich od społeczeństwa, do którego należą. W guberniach Królestwa, tam nawet gdzie ewangelicy nie chcą znać albo i nie rozumieją już wcale niemczyzny, są oni przymuszani do nauki religii w języku niemieckim, — choć w guberniach nadbałtyckich dla ewangelików estów i łotyszów przepisany jest szkolny wykład religii w języku estońskim i łotyskim zamiast niemieckiego; gdyż to, co dobre jest w Mitawie, Rydze i Rewlu, jest oczywiście złe w Warszawie, Łomży lub Suwałkach i dla tych samych powodów. Podobna metoda wyodrębnienia, stosowana jest też względem ludności żydowskiej, której mamy w kraju do 1½ miliona. Niedość, że od przeszło stulecia przez rozmyślne stłoczenie jej w obrębie b. Rzpltej, przez wzniesienie t. z. linii osiedleńczej, zarazem unieszczęśliwiono tę ludność i uczyniono ją plagą kraju, że przed niedawnym czasem znów dziesiątkami tysięcy część jej zrusyfikowaną spędzono z głębi Rosyi do tego kraju, ale na dobitkę zaczęto z urzędu hodować najnowsze budzące się w niej instynkty nacyonalistyczne, popierać niebezpieczną agitacyę syonistyczną, nie w innej myśli, jak tylko dla wbicia nowego klina w budowę społeczną Królestwa.
W tem wszystkiem nie było jeszcze wcale mowy o podkopującej i więziącej Królestwo ogromnej akcyi administracyjnej w ściślejszem znaczeniu słowa. A więc o demoralizującem poddaniu polskiego ludu włościańskiego pod samowładny dozór policyjny wszelkich władz gubernialnych, powiatowych, komisarzów włościańskich, straży ziemskiej. O zupełnem skrzywieniu t. z. samorządu gminnego, którego wszystkie organy uczyniono naprawdę jedynie najniższem narzędziem wykonawczem w ręku rzeczonych władz, narzucających bezprawną swoją obecność i dyrektywę samym nawet zgromadzeniom gminnym. O kardynalnem spaczeniu tego rzekomego samorządu polskiego ludu przez narzucenie mu w czynnościach niezrozumiałego dla tego ludu języka rosyjskiego. O systematycznem zabagnieniu sprawy służebności włościańskich, oddawna skasowanych na Zachodzie, nieznanych w guberniach wewnętrznych, bez znaczenia w przyległych cesarstwa, a które jedynie w Królestwie za machiawelską poradą Murawiewa, dla zatrucia stosunków między obywatelstwem a włościaństwem polskiem zachowywane są troskliwie w całej pełni przez podstępną politykę serwitutową rządu, przez rozmyślną wadliwość represyi prawnej nadużyć serwitutowych, przez rozmyślne stworzenie chłopskiego liberum veto dla uniemożliwienia najdogodniejszych dla gminy dobrowolnych umów regulacyjnych. O rozmyślnem utrzymywaniu fatalnych stosunków komunikacyjnych w kraju, bądź przez chroniczną kradzież funduszów drogowych, bądź przez systematyczne tamowanie rozwoju sieci kolejowej, z takim skutkiem nadzwyczajnym, że dziś pod tym względem nietylko pozostaliśmy daleko w tyle za Europą Zachodnią, za Galicyą, Austryą lub Niemcami, gdzie przypada 8–9 kilometrów kolei na 10 tysięcy mieszkańców, ale nawet za samem cesarstwem rosyjskiem, mającem dziś na rzeczoną miarę 3, 2 kilometrów, kiedy Królestwo, przy nieskończenie wyższych potrzebach ma tylko 2, 7 kilometra. O całej haniebnej gospodarce rządów gubernialnych, o rujnującej gospodarce miejskiej, o bezprzykładnem położeniu Warszawy, jednego z najpierwszych miast w Europie, a pozbawionego tych elementarnych praw autonomicznych jakie posiada ostatnia mieścina w cesarstwie. O ponawianych nienawistnych zamachach na spokojną, a wzorową instytucyę tej powagi co Towarzystwo Kredytowe Ziemskie; o zniesieniu Banku Polskiego; o rusyfikacyi czysto prywatnych towarzystw akcyjnych; o taryfach dyferencyalnych godzących w rolnictwo i przemysł krajowy, zabijających nasze młynarstwo przez ułatwiony zalew rynków krajowych mąką rosyjską, albo krzywdzących nasz przemysł bawełniany w interesie okręgów fabrycznych cesarstwa, o nadużyciach inspekcyi fabrycznej; o ruszczącej agitacyi kuratorów trzeźwości; o nieznośnym ucisku cenzury sprawowanej autokratycznie nad prasą i piśmiennictwem polskiem przez małych urzędników rosyjskich, przed których codziennym ukazem korzyć się muszą najpierwsi pisarze, uczeni, publicyści polscy i t. d. bez końca. Ale wchodzić w to wszystko, choćby tylko wytknąć najpobieżniej, niema wcale sposobu ani nawet potrzeby. Te wszystkie szczegóły, jakkolwiek dotkliwe, to są tylko rozliczne symptomaty jednej choroby, a tą chorobą jest system.
Ów system t. zw. urzędownie „zjednoczenia Królestwa z państwowością rosyjską” czyli istotnie jego wynarodowienia, zruszczenia, kiedy przed 40 laty sformułowany był na poczekaniu przez Komitet do spraw Królestwa Polskiego, został wtedy oparty na jednej premissie głównej, mającej poręczyć jego wykonalność: a mianowicie na tem, że chłopa polskiego za uwłaszczenie można kupić, wynarodowić, obrócić przeciw opornej reszcie narodu i przykryć ją, przytłumić tą pozyskaną masą chłopską. Recepta była godna tych komitetowych empiryków udających lekarzy, polityka godna tych biurokratów udających mężów stanu. Chłop polski ziemię wziął, lecz oczywiście za tę własną swoją ojcowiznę kupić się nie dał. Umocniony ekonomicznie, tem żwawiej jął uświadamiać się narodowo i nabywaną siłę i samowiedzę doniósł do wspólnego skarbca zasobów zdrowia i energii swojemu narodowi, którego jest kręgosłupem. Inaczej być nie mogło. Ani ludu kupować nie można, ani duszy narodowej rozłupywać i gasić. To było jasne od początku. Rząd rosyjski dowiedział się o tem oficyalnie, czarno na białem, z memoryału ks. Imeretyńskiego. Dowiedział się, że naród polski, o którym po 1830 roku głoszono, że jestto garść szlachty, a po 1863 że jestto tłum mieszczan i duchowieństwa, — jestto także lud włościański. Z tem nadzwyczajnem odkryciem padła tamta mądra premissa, ale system pozostał.
Otóż radykalne zlikwidowanie tego systemu jest najpierwszym negatywnym warunkiem otwierającym dopiero przystęp do prawidłowego postawienia sprawy polskiej w Rosyi. Samego systemu, nietylko jednego lub drugiego szczegółu, gdyż chodzi tu o usunięcie choroby, a nietylko pojedynczych jej symptomatów. Jestto nieodzowny warunek przedwstępny, bez którego przystępować do dyskusyi niema wcale sposobu. Dlatego też wszelkie podejmowane dotychczas dyskusye na ten temat były po prostu stratą czasu. Pod tym względem wśród życzliwej nawet dla nas części opinii publicznej i prasy rosyjskiej zdaje się panować dziwne nieporozumienie. Stawiają tam kwestyę tak: że mogłaby nareszcie w takiej czy innej rzeczy spłynąć na nas niejaka folga, ale musielibyśmy nasamprzód uczynić coś takiego, co zapewniłoby nam zaufanie Rosyi i rządu. Trudno doprawdy wyobrazić sobie potworniejszy paradoks polityczny. Stoimy bezbronni, ubezwładnieni, wyzuci, wobec największej potęgi militarnej świata, która zabrała nam wszystko i jeszcze przychodzi do nas, abyśmy jej dali jakieś gwarancye. Ależ gwarancya należy się nam, pozbawionym wszelkiej poręki oprócz naszego prawa, a nie tym, którzy ją dzierżą w samej swojej sile fizycznej. „Nie państwo do nas — są z tego powodu rozsądne słowa autora Listu — ale my do państwa powinniśmy mieć zaufanie, z tej prostej przyczyny, że państwo ma w ręku siłę, że co przyzna, może w każdej chwili odjąć”. I czyliż ono nie robiło tak ciągle? Czyliż nie odebrało konstytucyi Królestwu, Statutu Organicznego, ostatnich resztek autonomii, ostatnich ubezpieczeń religijnych, prawnych, językowych, kulturalnych kraju naszego? Nie mamy dziś, bo mieć nie możemy, żadnego zaufania do tego państwa i musi ono dopiero na zaufanie nasze zasłużyć, a uczynić tego nie może inaczej, jak przez zupełne zerwanie z całym dotychczasowym systemem swojej polityki polskiej.
I na czem właściwie miałyby konkretnie polegać owe niepojęte, nieuchwytne gwarancye od nas z góry wymagane? Nawołują nas do porzucenia mściwych rekryminacyi przeszłości, zbliżenia się bez uprzedzeń do wielkiego społeczeństwa rosyjskiego, oswojenia się bez przesądów z bogatym językiem rosyjskim, jednem słowem do rozbrojenia się. Niewiadomo doprawdy, co w tem dziwniejsze: nieznajomość czy też niedocenienie i samej sprawy i naszej dojrzałości samozachowawczej. Dojrzeliśmy zanadto, abyśmy naszą politykę narodową mieli fundować na mściwem rozżaleniu albo nienawistnym przesądzie. Mściwość jest cechą narodów słabych, a polski jest silny. Dlatego mógł on w lat 20 po rzezi praskiej porozumieć się z Rosyą Aleksandra I. Dlatego w 20 lat po rzezi galicyjskiej mógł porozumieć się z Austryą Franciszka Józefa. Ale w jednym czy w drugim wypadku wprzódy z tamtej strony zerwano z fatalnym systemem. W Rosyi niestety nakrótko, i niebaczna recydywa państwa rosyjskiego pociągnęła też za sobą odporny nawrót Królestwa Polskiego; w Austryi, gdzie nowy kurs został dotrzymany bez zwichnięcia, Galicya pomimo tak trudnych skądinąd warunków ogólno-politycznych i ekonomicznych, dotrzymała również wiary, bez jednego drgnięcia w okresie już przeszło dwa razy dłuższym aniżeli całe trwanie Królestwa Kongresowego. Zresztą komuż tu mówić o rekryminacyach? Czyliż cała zawzięta, tępicielska polityka polska Rosyi, porewolucyjna i popowstańcza nie jest nawskróś rekryminacyjną? Krzywdziciel miewa zazwyczaj dłuższą pamięć od pokrzywdzonego. Trudniej wybaczyć te krzywdy, które się wyrządziło, aniżeli te, których się doznało. Nie mściwe jakieś instynkty, które czułą perswazyą możnaby ugłaskać, ale prosty instynkt samozachowawczy kieruje naszą polityką narodową i pod karą śmierci niedopuszcza rozbrojenia ani na jedną chwilę, wobec warunków obecnych. Zapewne Polak może i dziś bez uprzedzeń zejść się z dobrze myślącym Rosyaninem w Petersburgu lub Moskwie. Aleć my w Królestwie dźwigamy 100 tysięcy gnębiących nas urzędników i 250 tysięcy żołnierzy rosyjskich. W takiem położeniu najostrzejszy, bezwzględny separatyzm jest wręcz nieodzownym środkiem obronnym. Jakim sposobem Polak wdający się w „zbliżenie” z tutejszym działaczem rosyjskim w swoim pokoju gościnnym w Warszawie, wytłumaczy Kachnie czy Maryśce, żeby ona w kuchni nie „zbliżała się” z rosyjskim szeregowcem, żeby z nim nie poszła na ślub do nowej cerkwi na Placu Saskim i nie płodziła dzieci prawosławnych dla naszej stolicy? Albo znowuż każdy Polak może poza obrębem swego kraju szanować w języku rosyjskim piękny organ świetnego piśmiennictwa i nauki rosyjskiej; aleć u nas w Królestwie ten język jest obecnie tylko wilkiem, duszącym naszą mowę ojczystą, którego nie wpuszczać, którego tępić jest naszym obowiązkiem. Że tak jest, nie naszem jest dziełem, lecz Rosyi i jej systemu rządzenia w sprawie polskiej i tak być musi póty, póki ten system nie będzie uprzątnięty doszczętnie. Na ten fakt brutalny stworzony przez Rosyę nie poradzą żadne najpiękniejsze słowa, poradzić może tylko zbawienny realny czyn. „Polacy — tak niegdyś Rosyanin światły, dobrze nam życzący, długoletni mieszkaniec Warszawy kongresowej, ubolewał nad naszą łatwowiernością polityczną — nie wymagają bynajmniej, aby im istotnie świadczono dobro; dla nich starczy, byle im szeroko perorować (witijstwowat’) o oczekujących ich dobrodziejstwach”. Jeśli tak było kiedyś, teraz napewno już tak nie jest. Ogrom nieszczęść nauczył nas rozumu. Nie porywamy się niewcześnie do broni, ale też nie kwapimy się bynajmniej do różdżki oliwnej. Wytrzeźwieliśmy na obie strony. Możemy czekać.
Tak zwani ugodowcy są to ludzie, którzy wśród żadnych warunków czekać nie chcą albo nie mogą. „Nie znaleźli oni — postrzega trafnie autor Listu — gruntu w społeczeństwie i nie znaleźli go słusznie”. A jednak oni to przedewszystkiem wysuwają się natarczywie na rzekomych tego społeczeństwa przedstawicieli. Posiadają do tego, — zwłaszcza w najczystszej swojej postaci, najbardziej przedsiębiorczy, najdalej wysuwający się i innych ciągnący za sobą, trzy kwalifikacye następujące: popierwsze nic nie zrobili dla swego narodu, powtóre nie znają go, potrzecie naród ich nie zna i znać nie chce. Nie są to podobno kwalifikacye do przedstawicielstwa zupełnie dostateczne. Z Rosyą dzisiejszą nikt nie ma prawa ugadzać się, ubijać targu za społeczeństwo polskie. Można tylko, a nawet należy, skoro są po temu okoliczności, mówić z nią w interesach tego społeczeństwa. Ale i to jest rzeczą odpowiedzialności niezmiernej i Polak, przemawiający w takiem tylko znaczeniu, winien być do tego potrójnie uzdatniony, przez rzeczywistą narodową zasługę, rzeczywiste narodowe czucie, a co za tem idzie i co główna, przez rzeczywiste zaufanie narodowe, ażeby to co on rzeknie w ścisłym swoim charakterze, nie jakiegoś samozwańczego mandataryusza, lecz uprawnionego rzeczoznawcy, było istotnie sub spe rati, bo sub spe veritatis. A cóż dopiero, kiedy naodwrót, przychodzi o Rosyi mówić z własnem naszem społeczeństwem, oświecać i pokierować opinię polską w rzeczy tak ciemnej, niebezpiecznej a tak niesłychanie doniosłej, jakże wysokie muszą być kwalifikacye upoważniające do takiego kierownictwa. To też raz na zawsze w tych zawrotnych wirach, jakie przedstawia sprawa polsko-rosyjska, do sterowania skołataną nawą publiczną są powołani jedynie ludzie istotnej kompetencyi i autorytetu narodowego, a nie może być dopuszczony nigdy pierwszy lepszy pasażer, choćby nawet pierwszej klasy. Prawdopodobnie i takiemu pasażerowi na tem musi zależeć, aby okręt nie zatonął, aby nie rozbił się ze szczętem, a przecie dozwolić mu steru byłoby kapitalną niedorzecznością.
Z podobnych zaś pasażerów pierwszej klasy wyrywających się do rudla, rekrutują się z reguły ugodowcy, często zwyczajni dilettanti zabawiający się w politykę, kiedyindziej pospolite mouches du coche brzęczące po salonach warszawskich i petersburskich przedpokojach, a tem głośniej im parniej jest w powietrzu, w małej stosunkowo części powodowani osobistą rachubą, przeważnie nawet działający w najlepszej wierze, ale przez to ani na jotę mniej szkodliwi albo raczej właśnie przez dobrą swą wiarę tem szkodliwsi, bo tem łatwiej wprowadzający w błąd i siebie i innych. Gdyż w tem mianowicie tworzeniu, szerzeniu i gruntowaniu rdzennego błędu, we wszechstronnem fałszowaniu rzeczywistego położenia i samej natury sprawy polsko-rosyjskiej tkwi grzech śmiertelny roboty ugodowej. Ta robota to poprostu swego rodzaju brzuchomóstwo polityczne na dwie strony. Ci panowie naprzód mówią z siebie do rządu — a rozlega się przyjemnie jakoby od narodu. Potem mówią z siebie do narodu — a rozlega się przyjemnie jakoby od rządu. A ostatecznie okazuje się, że nie odezwał się naseryo rząd, ani myślał odzywać się naród, głos jest własny tych miłych figlarzów. Kogo się tu właściwie oszukuje? Podobno wszystkich i nikogo. Ale ta zabawa jest nadzwyczaj szkodliwa, gdyż koniec końcem, świadomie czy nieświadomie, w złej czy dobrej wierze, jestto mistyfikacya, która bałamuci na obie strony, zamąca jasność sądu, podstawia fikcyę zamiast realności, a przez to powstrzymuje ustalenie prostej, nagiej prawdy, bez której niemasz tu wyjścia. Tej prawdzie ugodowiectwo nie śmie spojrzeć w oczy, więc ją obchodzi, przesłania. Nie śmie w polskiej polityce rządu negować samego i całego systemu, nie śmie wytknąć źródła choroby, ima się szczególików, czepia symptomatów, w pocie czoła mozoli się nad wyżebraniem jakiejś ułamkowej doraźnej folgi, chwyta skwapliwie każdy podmuch opinii dworskiej, rządowej, publicznej w Rosyi, biegnie za każdym takim podmuchem, dzisiaj lojalne z sentymentu, jutro lojalne po ultrasowsku, pojutrze lojalne liberalnie, dzisiaj budując na ks. Imeretyńskim, jutro na ministrze Plehwem, a pojutrze na „ziemcach” twerskich, budując na wszystkiem, tylko nie na własnym narodzie. I tak wiecznie zaaferowane, projektujące, fatyganckie, przypomina się nieustannie i rządowi i społeczeństwu, tam zalecając się dobrze myślącą gotowością na każde zawołanie, tu popisując się mnogością swoich petenckich zachodów i stosunków, swoją polityką ulepszonych kałamarzów szkolnych czy municypalnych, swoją terapią kojących plastrów, które zaraz służą za pergamin dla polubownych umów politycznych. A cała ta hałaśliwa, ruchliwa akcya jest bez gruntu, cały rachunek robiony bez gospodarza — bez narodu.