— Nie widziałem nigdy — odburknął chłopiec.

Cela była mała i niska. Na ścianach piwnicy błyszczała w mroku wilgoć. Brudne, wypaczone drzwi pokryte były datami i imionami, wyrżniętymi scyzorykiem. Koło drzwi stał kubeł. Pod ścianą, na betonowej podłodze, leżały dwa sienniki. Ludzie siedzieli skuleni, dotykając się kolanami.

— Przyjrzyj się, ale dobrze — roześmiał się Matula. — Byle gdzie tego nie zobaczysz.

Poprawił się na sienniku.

— Ciągniesz jeszcze? — zapytał.

— Ciągnę — dobrałem kartę. — Sobie.

Wziął trzy karty. Popatrzył w nie.

— Było nie było. Dosyć.

— Dwadzieścia — wyłożyłem karty.

— Przegrałem — rzekł Matula. Strzepnął kurz z kolana. Jego bryczesy5 zachowały jeszcze kanty. — Pajdka twoja. Ale karty są i tak znaczne.