Odwinęła papier dziwnie znajomy. Podszedłem i przyjrzałem się dokładniej: na obu wielkich jak od Schichta9 kawałkach wytłoczona była kolumna i napis Warszawa.
Milcząc, oddałem jej zawiniątko.
— Rzeczywiście, ładne mydło.
Spojrzałem na pole ku rozrzuconym grupom pracujących ludzi. W ostatniej, aż koło kartofli, dostrzegłem Iwana: jak pies owczarek naokoło trzody czujnie obchodził swoją grupę ludzi, pokrzykiwał coś, czego z odległości nie było słychać, i wymachiwał wielkim, odartym z kory kijem.
— Ale biedny będzie złodziej — rzekłem nie spostrzegłszy, że mówię w przestrzeń, bo pani Haneczka odeszła już i tylko z daleka rzuciła mi, odwracając na moment głowę:
— Obiad, jak zwykle, pod kasztanami.
— Dziękuję!
I począłem znów dzwonić kluczami o szyny i dokręcać zluzowane śruby.
Pani Haneczka wzbudziła pewną sensację wśród Greków, gdyż przynosi im czasem kartofle.